środa, 29 grudnia 2010

Podsumowanie trzeciej z trzech części roku 2010

Tytuł raczej nie brzmi zbyt ładnie, ale nie jest to istotne. To trzecia czyli ostatnia z tego typu notek, a więc cyklu podsumowań płyt, które wyszły zza oceanem w bieżącym roku. Jako że postanowiłem, iż ograniczę ilość przesłuchiwanych albumów w 2010 roku na rzecz starszych produkcji oraz nowemu gatunkowi muzyki, w którego od paru miesięcy się wsłuchuje (ambient i downtempo, mówiąc krótko i ogólnie), liczba krążków, które sprawdziłem od września do grudnia jest równa 7 (plus jedna epka). To bardzo mało w porównaniu do poprzednich części tego typu podsumowania, ale nie czuję niedosytu.

Black Milk - Album Of The Year, 8/10

Miałem spore oczekiwania, co do jakości tego materiału, bo ,,Tronic" mi się bardzo podobał i nie zawiodłem się. Świetne brzmienie i naprawdę dobrze wypadający na mikrofonie reprezentant Detroit. Jednak mimo że nawet w momencie pisania słucham sobie tej płyty, nie ma ona szans, aby znaleźć się w mojej czołówce produkcji 2010 roku. Może w przyszłym roku panie Curtis.

Del Tha Funky Homosapien - It Ain't Illegal Yet, 3/10

Jak do ,,Album Of The Year" mogę wracać z czystym sumieniem, to do tego krążka nie wrócę nigdy na sto procent, bo okazał się po prostu nie wypałem. Główną wadą jest niedorobiona warstwa brzmieniowa, a sam gospodarz jakoś też nie powala. Liczę, że w 2011 roku w końcu światło dzienne ujrzy Deltron 2, a Del się zrehabilituję za tę solówkę i zamknie mi mordę.

7L & Esoteric - 1212, 6/10

Tutaj podobnie, bo też się rozczarowałem. Nie tak bardzo jak na panu z Oakland, ale jednak. Esoteric to bez wątpienia utalentowany raper, który obdarzony jest płynnym flow i darem do pisania potężnego braggadacio, a 7L to nietuzinkowy producent, który wie, jak wysmażyć mocne bity. Zawiodłem się lekko, bo po prostu jedyne czego mi tu brakuje to świeżość.

C.O.S. - A Novel By Me, 10/10

Murowany kandydat do jednej z najlepszych płyt 2010 roku. Minęły 3 lata od ostatniej solówki Latynosa, która powaliła mnie na kolana, a najnowsze dzieło C.O.S'a okazało się być jeszcze lepsze niż oczekiwałem, a spodziewałem się naprawdę wiele. Piękny LP, gdzie można odnaleźć zarówno poruszające jak i gangsterskie momenty i ich doskonałą fuzję. Nikt chyba nie robi tego lepiej na Zachodzie. Tak, drodzy słuchacze rapu, ,,A Novel By Me" > ,,Siccmade Rituals", choć taka opinia jest pewnie dla was nie do przełknięcia.

Kno - Death Is Silence, 9/10

Miałem tego albumu w ogóle nie tykać, ale wielu ludzi się nim jarało, a że lubię Cunninlynguist, to postanowiłem sprawdzić, co tam główne ogniwo zespołu z Georgii przygotowało. Materiał jest utrzymany podobnie jak powyższy w smutnej konwencji, ale nie ulicznej. Zdecydowanie jedna z najlepiej wyprodukowanych płyt bieżącego roku, ale czy będzie miała miejsce w moim top 10, okaże się niedługo.

Wyze Mindz - World Meltdown, 6/10

Kolejna pozycja z Południa i kolejna, na której warstwa brzmieniowa jest godna podziwu. Niestety teksty okazały się być dla mnie zbyt trudne w odbiorze i mimo że za trzecim razem słuchania była zdecydowanie łatwiej niż za pierwszym, to oceny nie mam zamiaru zmieniać. Co najwyżej mógłbym podwyższyć o pół, ale połówek nie daję, więc zostaje, tak jak było.

The Scale Breakers - Leftovers, 8/10

Ostatni album, który miałem okazje sprawdzić w 2010. Zespół co prawda pochodzi z Kanady, ale dałem im przepustkę do USA, że tak to ujmę. Co cechuje ,,Leftovers" to przede wszystkim bardzo dobra, żywa i barwna warstwa muzyczna oraz świetny balans w kawałkach pomiędzy poważniejszymi i zabawnymi tematami.

Średnia ocen: 7/10

Jak widać, średnia jest naprawdę dobra i ja ogólnie nie mogę narzekać z ogólnego poziomów wydawnictw, które słuchałem w ostatnich 4 miesiącach roku. Takiego ogólnego podsumowanie a wyliczeniem rocznej średniej za płyty i epki z 2010 roku dokonam przy okazji sporządzania listy 10 najlepszych albumów 2010. Co do epek to właśnie została mi jedna do podsumowania:

Atmosphere - To All My Friends, Blood Makes the Blade Holy, 9/10

Nie mam żadnych wątpliwości, że to jest najlepsza epka, jaka wyszła w tym roku. Niezwykle wszechstronny lirycznie Slug, który udowodnił, że jednak potrafi nagrać kawałek o czymś innym niż miłość (czaisz ironię w słowach? - jak nawijał Wankej na Dinalu), a Slug wyprodukował bardzo dobre bity.

Średnia ocen: 9/10

Mogłem w sumie wliczyć tę epkę do pełnych albumów, ale kit z tym.

wtorek, 28 grudnia 2010

The Scale Breakers - Leftovers

Znowu miałem lekką przerwę i mówiąc szczerze w ogóle nie miałem ochoty, aby cokolwiek napisać. Nic nie trwa wiecznie, więc dzisiaj nastąpiła zmiana, jednakże muszę powiedzieć, że także nie miałem zbytnio weny. Z kolejnymi minutami pisania było coraz lepiej, dlatego też stworzyłem tę o to notkę, bo jakby pisanie szło mi topornie, to bym po prostu dał sobie spokój. Nigdy nic na siłę. Dobra, to teraz jedna informacja teoretyczna. To na 99 procent ostatnia recenzja wydawnictwa z 2010 roku, gdyż do końca roku zostało kilka dni, a nie sądzę, abym wziął się za poważniejsze sprawdzenie nowego, podwójnego albumu K-Rino, gdyż trwa mniej więcej 2 godziny. The Scale Breakers zamykają grę jak Eis na swojej płycie. Jest to ekipa, która pochodzi z Kanady, a więc robię wyjątek, umieszczając ich pod tą etykietę. Składa się z Subwaya, którego debiut opisywałem pod koniec listopada, oraz Guy Woodsa. ,,Leftovers” to ich debiut sceniczny, który polecił mi już na początku września Gawi i koleżka może być zadowolony, bo materiał przypadł mi do gustu. Zresztą ja tak samo nie mam powodów do narzekania.

Tekstowo jest bardzo ładnie. Od razu przejdę do konkretnych kawałków, więc tak... Jest ,,R.O.T.Y.” – chłopaki mówią, że są właściwymi ludźmi na właściwym miejscu i ich muzyka jest wartościowa. Bije z ich wersów niezwykła pewność siebie – ,,i give props to the veterans cuz even they now we’re next". Natomiast tytuł sam to skrót od rookies of the year i tak, drodzy użytkownicy ślizgu, w tym waszym temacie o takiej samej nazwie to właśnie The Scale Breakers powinni królować, a nie Curren$y. Znajduje się także ,,My Ends” – bardzo życiowy numer, z którym każdy z nas może, a w zasadzie na pewno się utożsami. Traktuje on o zaufaniu, które zostało nadużyte oraz fałszywej przyjaźni. No i nie mogę zapomnieć wspomnieć o ,,She Wants My Money” – jak sam tytuł wskazuje track mówi o kobietach, którym zależy tylko na pieniądzach. Nie jest to jednak żadna głęboka i smutna refleksja na temat facetów będących wykorzystywanymi, tylko raczej kawałek z dystansem, humorem, w którym raperzy doskonale znają zamiary owych kobiet, więc nie występują w roli ofiar. Ogólny przesłanie można ująć w następujących słowach – uważaj na te chciwe suki, synu! The Scale Breakers tematycznie dają słuchaczom szerokie spektrum do obcykania. Jak kos chce czegoś poważniejszego i głębszego to pewnie ,,Listen Girl’’, ,,They Tell Me”, czy ,,Waiting” mu się spodoba, a jak cos luźniejszego i humorystycznego to ,,Fly” (który przy okazji potwierdza słowa sprzed 5 lat ,,zioło było, jest i BĘDZIE jarane’’ – Żary, jesteś prorokiem!) czy ,,Chubby Chaser” będą idealne. Zwróciłbym także uwagę na 3 zabawne skity, który potwierdzają, że artyści mają do siebie dystans i bardzo pozytywne podejście do twórczości.

I love the day light, I love the night light
sleep most of the day to wake up when the time's right
then it's time to write notes to the notebook
in gone my left hand, trying write a dope hook
a lot of long days coming and I'm ready for them
song after song we getting better and will keep going

Mogę tylko przypuszczać, że prawdopodobnie wszystkie podkłady zrobił Guy Woods. Skoro to jest płyta The Scale Breakers, a wspomniany koleżka zajmuje się produkcją, to raczej innego wyjścia niż zaprezentowane nie widzę, co do autora bitów. To, że potrafi wysmażyć porządnie brzmiące podkłady udowodnił mi już na solówce Subway’a. Guy Woods to przede wszystkim solidny i wszechstronny producent, dlatego głównymi cechami bitów na ,,Leftovers” jest dopracowanie i różnorodność. Można usłyszeć m.in. takiego typu podkłady jak trochę taki bardziej syntetyczny, ale jak najbardziej w porządku ,,Chubby Chaser”, dość eksperymentalny, ale także bardzo dobry ,,Go Get It”, który skojarzył mi się (szczególnie, kiedy wchodzi refren) z melodyjką z jakiejś gry na pegazusa, wesoły oraz pogodny ,,If You Don’t Know”, skoczny, wyrazisty, zapadający w pamięć i sprawiający, że kiwa się głową ,,R.O.T.Y.”, spokojny i smutny ,,They Tell Me” czy też kojarzący mi się z rytmami latynoskimi ,,She Wants My Money”. Tak jak w przypadku tekstów, jestem pewny, że raczej każdy słuchacz znajdzie w brzmieniu coś dla siebie. Mi odpowiada warstwa muzyczna w całości i w sumie zmieniłbym tylko jedną rzecz. Konkretnie chodzi mi o remiks numeru ,,Free” z solówki Subway’a, który nie wyszedł zbyt udanie. Tak to nie mam zarzutów, bo brzmienie emanuje mi świeżością i życiem, a to jest chyba najważniejsze. Guy Woods jednak nie zajął się jedynie tworzeniem bitów na debiucie grupy, ale także rapowaniem. Od razu mówię, że umiejętności produkcyjny artysta ma o wiele wyższe niż te wokalne, ale w żadnym wypadku nie ma tragedii. Jest po prostu poprawnie, gdyż flow Woodsa ani nie razi, ani nie doprowadza mnie do szczytowania. Lepiej na mikrofonie radzi sobie jego partner. Wspomnę także o czymś, co jest niezwykle charakterystyczne dla twórczości chłopaków, a więc refrenach, który są śpiewane. Ktoś mógłby powiedzieć, że to trochę zniewieściałe, że refreny śpiewane wykonują raperzy, a nie wokalistki. Mów słuchaczu co chcesz, ale The Scale Breakers udowodnili, że potrafią zaśpiewać porządnie. W sposób, który jest jak najbardziej słuchalny, nie drażni uszy, nie odrzuca, a daje mi wielką przyjemność w słuchaniu. Jedynym minusem jest dla mnie refren w ,,Listen Girl”, który zalatuje mi autotunem. Nie został on tam na pewno użyty, ale głos Subwaya, który śpiewa, lekko przynosi mi na myśl autotune i to nie jest moja mania. Tak właśnie to odbieram.

Całość trwa 1 godzine i 7 minut, a więc dość długo, jednak słuchanie tego krążka było dla mnie przyjemnością. Bardzo fajnie posłuchać dobrego rapu w ulubionej stylistyce (w tej mniej ulubionej tak samo fajnie, żeby nie było, ale podkreślam, że tylko DOBREGO). Kończąc powiem, że płyta tematycznie zachowuje kapitalną równowagę pomiędzy poważniejszymi i mniej poważnymi kwestiami, brzmieniowo zadowoli najbardziej wybrednych słuchaczy i koneserów konkretnych bitów, a w kwestii flow nie pozostawi niesmaku. Takim o to akcentem zamykam serię notek o albumach z 2010 roku pochodzących z USA i Kanady, których miałem okazje słuchać.

8/10

wtorek, 21 grudnia 2010

Kobra - Na Żywo Z Miasto Grzechu

Krążą opinie, że poznańska scena składa się z trzech porządnych raperów z umiejętnościami, a reszta gości, która nagrywa, to w większości pozbawione talentu wacki. Ta ,,święta trójca” to zapewne Gural, Peja i Słoń, ewentualnie Hans. Natomiast ci beznadziejni to Sheller, Gandzior, Oldas czy Kobra. Ja się oczywiście z taką opinię nie zgadzam, ale wiadomym jest, że scena poznańska nigdy nie dorówna warszawskiej.. O istnieniu Kobry tak naprawdę dowiedziałem się we wrześniu poprzedniego roku podczas słuchania ,,Na Serio” Pei. Udzielił się gościnnie w numerze ,,Gruba Impra Z Rysiem 2” i ani mnie nie zachwycił, ani nie zraził swoim występem. Kilka miesięcy temu jeden mój ziomek jarał się wspólnym kawałkiem Kobry i Oldasa ,,Alkoholizm”, który pochodzi ze wspólnego nielegala obydwu artystów wydanego w 2005 roku. Track był bardzo spoko. Szczególnie, że słuchało się go na melanżach. Następnie, znowu jakieś parę miesięcy potem mój inny ziomek zarzucił mi linka do singla, promującego pierwszą legalną płytę Kobry. Przesłuchałem raz i miałem odczucia średnie. W każdym razie wszystko, co słyszałem od Kobry do tamtego czasu nie zachęciło mnie do sięgnięcia po jego płytę, a tak w ogóle raczej stawiałem go w gronie poznańskich szaraków, którzy na pewno mi nie przypasują na dłuższą metę. Pomyliłem się. O ile faktycznie Sheller czy Gandzior to dla mnie raperzy nie prezentujący sobą nic wartościowego, to już taki Kobra stanowi inną historię. Wybija się ponadprzeciętność, chociaż do perfekcji mu daleko. Do sięgnięcia po jego debiut przekonał mnie świetny numer ,,Miejski Vibe”, który zapodał mi ten mój drugi koleżka.

Kobra to zwykły i prosty (nie prostacki, bo ,,prostota nie prostactwo” jak nawijał pewien warszawski raper) uliczny raper, a więc wiadomym było jakich treści mam się po nim spodziewać. Żadnego moralizatorstwa, dorabiania ideologii oraz głębszych duchowo przemyśleń – po prostu rap o życiu w ulicznej konwencji. Dlatego na ,,Na Żywo Z Miasta Grzechu” mamy chociażby takie kawałki: ,,3K” – storytelling składający się z trzech części, gdzie każda stanowi osobną historię, ale łączy je jedna rzecz. ,,Więcej Grzechów Nie Pamiętam” – tutaj pojawia się sporo gości i generalnie nuta traktuje o melanżowych przygodach, ale warto zwrócić na zwrotkę gospodarza. Kobra wyłamał się z konwencji pozostałych zwrotek w tym kawałku i zarapował o niezbyt przyjemnym epizodzie imprezowym. ,,Witamy W Mieście” – to właśnie singiel, o którym wspominałem wcześniej, a jego tematyką jest tzw. representing. No i wspomnę także o ,,(Nadal) Klasycznie”, który jest perfidnym truskulowym numerem, hołdującym muzyce rap. Ja bardzo lubię takie tematy, a kawałek deklasuje te wypociny (w sensie track, którego nazwy nie pamiętam i nie mam zamiaru pamiętać) w podobnej konwencji na płycie Vienia. Jak widać spektrum tematów, które porusza Kobra, nie jest wąski, więc monotematyczności zarzucić nie można. Pod względem technicznym nie ma fajerwerków, a są momenty, które pozostawiają sporo do życzenia. Szczególnie biją po uszach niektóre wersy w ,,Legendy”, będącym zdecydowanie najsłabszym numerem na albumie (gościnny udział Gandziora na pewno nie pomaga). Jednak ogólnie warstwa liryczna nie jest zła i mnie na pewno nie rozczarowała. Dodam jeszcze, że Kobra często w tekstach odwołuje się do artystów zza oceanu. Wielki plus za to.

ze mną DJ, prawdziwy DJ wie, co jest dobre
i MC, a MC plus DJ to już komplet
jak Gangstarr mamy słów pełne magazynki
jest pewne, że zawsze gramy fair wobec muzyki
wciąż niezmiennie, klasycznie po staremu
wyrabiamy swą pozycję właśnie dzięki temu, że
robimy coś, o czym inni zapomnieli
nasz hip hop często brzmi jak ten w 94
nagrywam z ludźmi, którzy znają ten temat
dla których rap nie zaczął się od drugiej płyty Game’a

Peja w swojej zwrotce nawinął, że Kobra to luj na mikrofonie. Z tym się nie mogę zgodzić, bo jak już wspomniałem, gospodarzowi brakuje sporo do perfekcji. Sam Kobra nawinął (zresztą w tym samym kawałku, co Rychu), że pod takie bity chcą rapować w całej Polsce. I to jest prawda. O ile do innych elementów na krążku można mieć zarzuty, bo coś tam, bo coś tam itd., to do warstwy brzmieniowej nie wydaje mi się. Kobra zebrał do współpracy bardzo wielu producentów, a w tym Donatana, Granta czy Kixnare’a. Jeden bit zrobił także gość o ksywie Zdolny i jestem w stu procentach pewien, że tu chodzi o Zdolnego Dzieciaka z ekipy Chłopaki Z Szarego Tłumu. Tak wspominam, bo pierwsza oryginalna płyta, jaką kupiłem, to było ,,Wbrew Regułom” właśnie chełmińskiej ekipy. Mam do nich wielki sentyment i miło jest zobaczyć, że przynajmniej część z nich nadal działa na scenie. Produkcja jest kapitalna, a przede wszystkim te wolne bity są świetnie dopracowane. Jak słucham się ,,3K”, ,,Miejski Vibe” (najlepszy bit 2010 roku w Polsce), ,,Gin & Tonic” (,,bit jest polski, a brzmi, jakby był z L.A.” – bez kitu, coś w tym jest) czy ,,Więcej Grzechów Nie Pamiętam”, to odpływam i jestem pełen podziwu, że w naszym kraju można stworzyć tak fantastyczne podkłady. Przypominają mi one w konwencji brzmienie na ,,W Pogoni Za Lepszej Jakości Życiem”, gdyż w obu przypadkach główną cechą bitów jest prostota. Bardzo podoba mi się głos i flow Kobry. Masakratorem bitów jak Biggie to on nie jest, ale ma umiejętności, gdyż potrafi popłynąć wolno, spokojnie z wyczuciem jak np. w ,,3K”, ale też agresywniej z zacięciem jak np. w ,,Witamy W Mieście”.

Ogólnie ,,Na Żywo Z Miasto Grzechu” to dla mnie pozytywne zaskoczenie. Mieszkaniec Łazarza (czyli dzielnicy, na której mieszkam w Poznaniu) zaprezentował się naprawdę dobrze na swoim debiucie. Dobre uliczne wersy połączone z wybitną (tak, kurwa, wybitną) warstwą brzmieniową, poprawnym płynięciem po tych zarąbistych bitach i dobrymi z reguły występami gościnnymi (których było sporo, a obecność PeeRZeta, to szok!), sprawiają, że owy krążek to jedna z lepszych pozycji, jakie dane było mi słuchać w tym roku w Polsce. Szans, aby przebić ,,Fuck Tede/Glam Rap”, ,,Demonologię” i ,,Dowód Rzeczowy Nr 1” raczej nie ma żadnych, ale albumy Gurala oraz Eldo zdecydowanie wyprzedzi w mojej klasyfikacji. Jestem zadowolony, że zdecydowałem się sprawdzić płytę. Czekam na następną i liczę na progres Kobry, bo beztalenciem nie jest. Kwestia oceny na sam koniec. Miałem mały dylemat, bo wahałem się pomiędzy dwoma notami, ale postanowiłem dać mu wyróżnienie, gdyż naprawdę nie przypuszczałem, że album tak mi podejdzie.

8/10

poniedziałek, 20 grudnia 2010

17 kolejka Bundesligi

Piątek

Ten włocławski internet jest problematyczny w porównaniu do tego poznańskiego, bo sopcast nie chciał się uruchomić, ale mimo tego znalazłem sposób, aby obejrzeć w miarę ludzkich warunkach spotkanie między Borussią M’gladbach, a Hamburgiem. Zakończyło się ono wygraną gości 2:1, ale to gospodarze stworzyli sobie więcej dogodnych sytuacji i nikt nie mógłby mieć pretensji, jakby ostatni zespół Bundesligi zgarnął 3 punkty. Niestety ta sztuka się nie udała, a głównym powodem była fantastyczna dyspozycja w bramce HSV Franka Rosta.

Sobota

Schalke w niezłym stylu pokonuje wysoko FC Koln przed własną publicznością 3:0. Hat-tricka zdobył Raul, który kończy rundę jesienną z dorobkiem 9 bramek, stając się najskuteczniejszym piłkarzem wicemistrzów kraju. Trzeba jednak zaznaczyć, że do pierwszego gola było to spotkanie dość wyrównane i nie można było powiedzieć, że gospodarze znacząco przeważali. To już 4 zwycięstwo podopiecznych Magatha w ostatnich 5 kolejkach ligowych, więc w końcu powrócili na dobre tory. Z jednej strony szkoda, że to już koniec rundy jesiennej, bo ekipa Schalke wyraźnie się rozpędziła, ale będą musieli poczekać kilka tygodni do wznowienia rozgrywek.

Eintracht gościł lidera Bundesligi, a więc Borussię Dortmund, która w lidze przegrała tylko raz i było to w pierwszej kolejce na Signal Iduna Park z Leverkusen. Mało kto spodziewał się, że Frankfurtczycy będą w stanie urwać punkty piłkarzom Jurgen Kloppa, a jednak. Nie dość, że gospodarze nie przegrali, to zainkasowali 3 punkty, a gola na wagę wygranej zdobył najskuteczniejszy piłkarz rundy jesiennej – Gekas. Dortmundczycy mogą żałować kilku niewykorzystanych sytuacji, a szczególnie Barrios, który mimo że strzela sporo bramek, w tym sezonie spisuje się trochę słabiej niż w poprzednim. A konkurencja w osobach Zidan’a i Lewandowskiego nie śpi. Porażka nie zmienia faktu, że Borussia to zdecydowanie najlepszy zespół w tym sezonie i zasługują na pozycją lidera.

Slomka miał apetyt na zakończenie rundy jesiennej jako wicelider. Musiały zostać spełnione 2 warunki. Po pierwsze, jego Hannover musiał ograć na wyjeździe Norymbergę i Bayer Leverkusen musiał zgubić punkty w pojedynku z Freiburgiem. Niestety, ale pierwsze założenie się nie spełniło, bo ekipa Hannoveru przegrała 1:3. Jednak na półmetku rozgrywek miejsce numer 4 dla drużyny, która miała bronić się przed spadkiem, jest na pewno czymś wyjątkowym. Zobaczymy, czy piłkarze Mirko Slomki równie dobrze będą się spisywać w rundzie wiosennej. Osobiście nie wydaje mi się, ale to się okaże.

Wolfsburg i Hoffenhheim ostatnio tylko remisują mecze, więc najbardziej prawdopodobnycm rezultatem w pojedynku bezpośrednim był także remis. Z drugiej strony była to świetna okazja na przełamanie dla którejś z ekip. Nic takiego nie nastąpiło, bowiem padł wynik 2:2. Wilki pokazały charakter, bo odrobili 2 bramkową stratę. Bramkę na wagę punktu zdobył w ostatniej minucie Dzeko. 13 miejsce dla zespołu, który posiada najbardziej wartościową kadrę tuż po Bayernie, wg transfermarkt, to na pewno nie powód do dumy.

Werder ma fatalny sezon. Odpadli już z europejskich pucharów, w Bundeslidze dolna część tabeli, sporo kontuzji i można by tak jeszcze trochę powymieniać. Na zakończenie rundy przyszło zmierzyć im się na Weserstadion z beniaminkiem FCK1. Ekipa Thomasa Schaafa mimo grania przez pewien czas w przewadze jednego zawodnika, nie zdołała nawet zremisować spotkania i uległa gościom 1:2. Kaiserslautern zdobywa cenne punkty i tak jak już pisałem jakiś czas temu – dla mnie ten beniaminek nie spadnie z ligi.

W ostatnim sobotnim pojedynku ST. Pauli mierzyło się z Mainz. W pierwszych 45 minutach można było być świadkiem ostrego strzelania, bowiem połowa zakończyła się wynikiem 3:1 na korzyść zawodników FSV, którzy byli lepsi na murawie. W 57 minucie trener gospodarzy zdecydował się przeprowadzić potrójną zmianę. Beniaminek zdobył bramkę kontaktową, ale co prawda żaden z piłkarzy wprowadzonych na murawę nie miał przy niej udziału. Jednak to tylko zmotywowało przyjezdnych do lepszej gry i ostatecznie zwyciężyli 4:2.

Niedziela

W bardzo trudnych warunkach przyszło Bayerowi Leverkusen zmierzyć się z ekipą Freiburga, która jeszcze w tym sezonie nie zremisowała. Faworytem byli gospodarze i to oni pierwsi objęli prowadzenie, ale przyjezdni zdołali w miarę szybko wyrównać. Wielkie opady śniegu sprawiły, że ostatnie 20 minut pierwszej połowy przebiegło bez stworzenia żadnej dobrej sytuacji podbramkowej dla któregokolwiek klubu. W przerwie śnieg został w pewnym stopniu usunięty z murawy i grało się trochę lepiej. Niespodziewanie SC Freiburg zdobył bramkę na 2:1 i zrobiło się nieciekawie dla Bayeru. Aptekarze co prawda przeważali do końca spotkania, ale goście bronili się na tyle umiejętnie i mądrze, że zdołali wywieźć cenny punkt z Bay Arena, gdyz Leverkusen dobył tylko jeszcz jednego gola. Zarazem był to pierwszy ich remis w sezonie 2010/2011.

Rudnę jesienną w Niemczech kończył mecz Stuttgartu z Bayernem. Dla nowego szkoleniowca gospodarzy był to debiut w Bundeslidze w roli trenera VFB. Nie był on jednak udany, mimo że spotkanie było szalone. Nie chodzi tylko o wynik, bo skończyło się 5:3 dla Bawarczyków, ale przebieg meczu. Do 30 minuty było to wyrównane spotkanie, w którym nie brakowało walki i zaciętości z obydwu stron. Proste błędy w defensywnie gospodarzy sprawiły, że mistrzowie kraju zdobyli 2 gole w odstępie 3 minut. Poszli za ciosem i kolejne trafienie zaliczył Ribery, dając Bayernowi prowadzenie 3:0 do przerwy. Bruno Labbadia zareagował, wpuszczając na murawę Harnika i było to dobre posunięcie, gdyż zdobył on 2 bramki. Ogólnie druga część meczu przebiegła pod znakiem fatalnych błędów ze stron defensyw obu zespołów. Dużo nerwowości można było zobaczyć na boisku, ale dla mnie na szczęście skończyło się zwycięstwem Monachijczyków. Warto nadmienić, że Mario Gomez zdobył hat-tricka. Cieszy wygrana, ale styl gry niezbyt. Jak nie będzie poważnych wzmocnień w linii obrony, to cienko widzę rywalizację z Interem i walkę o mistrza kraju.

Tabela. Oczywiście w przypadku równej liczby punktów decyduje różnica bramek.

1)Borussia D. – 43 punkty
2)Mainz – 33 punkty
3)Bayer – 33 punkty
4)Hannover – 31 punktów
5)Bayern – 29 punktów
6)Freiburg – 28 punktów
7)Eintracht – 26 punktów
8)Hoffenheim – 25 punktów
9)Hamburg – 24 punkty
10)Schalke – 22 punkty
11)Norymberga – 22 punkty
12)Kaiserslautern – 21 punktów
13)Wolfsburg – 19 punktów
14)Werder – 19 punktów
15)ST. Pauli – 17 punktów
16)Kolonia – 15 punktów
17)Stuttgart – 12 punktów
18)Borussia M. – 10 punktów

Liga Mistrzów, Eliminacje Ligi Mistrzów, Liga Europy, Baraże, Spadek.

Strzelcy:

Gekas – 14 goli, Eintracht
Cisse – 13 goli, Freiburg
Gomez – 12 goli, Bayern
Lakic – 11 goli, Kaiserslautern
Dzeko – 10 goli, Wolfsburg
________________________

Runda jesienna w Niemczech niewątpliwie była bardzo ciekawa. Nie brakowało niespodzianek i sporych rozczarowań. Obecność Hannoveru i Mainz w pierwszej piątce, tak wielka przewaga lidera nad obecnym mistrzem kraju, fatalna postawa Stuttgartu, Werderu, Wolfsburga i nie najlepsza Schalke – te rzeczy rzucają się w oczy i stawiają wiele pytań. Czy sytuacja na koniec sezonu się zmieni? To jest pewne. Niepewnym pozostaje jednak fakt, JAK ta sytuacja się zmieni… Wszystko się może zdarzyć tu, ponieważ to jest Bundesliga. Teraz czas na miesiąc przerwy i wracamy do gry 14 stycznia.

niedziela, 19 grudnia 2010

Gres Snatch - Noc EP (2006)

1)Gwiazdy Prolog
2)Półcień
3)Gwiazdy
4)4 Kroki
5)Półmrok
6)Dym
7)Noc
d
Był wieczór, nadeszła noc – takimi słowami rozpoczyna się pierwszy kawałek na przedstawianym materiale. No właśnie. Wieczór już minął jakiś czas temu, a noc rozpoczęła już na dobre swoje panowanie, które potrwa jeszcze co najmniej 4 godziny. Dlatego też pomyślałem, aby napisać kilka słów o tym niesamowitym projekcie, będącym zdecydowanie jednym z najbardziej oryginalnych i klimatycznych w polskim rapie. Projekcie, który współtworzą raper Gres i producent Snatch. Obaj pochodzą z Łodzi, a swoje siły połączyli w 2003 roku. Dokładnie 12 lutego 2007 roku jeden ziomek, z którym gadałem dość regularnie na gg o rapie napisał do mnie taką wiadomość: siema, stary, co ja sluchalem....jaka liryka, Gres/Snatch Noc EP , album, ale mowie ci super, dam ci link i pobierz sobie, bo warto.... Postanowiłem sprawdzić epkę. Spodobała mi się, ale raczej nie katowałem jej wiele razy. Mówiąc szczerze, nie sądzę, abym przesłuchał więcej niż dwukrotnie, a to był błąd. Obecnie strasznie jaram się tym materiałem, a zajawka przyszła mi spontanicznie. Kilka dni temu obczaiłem na last.fm jednego ziomka, że słuchał ,,Noc EP”, a to że była już chyba 2 lub 3 w nocy, ja planowałem iść spać, ale nie miałem czego sobie zarzucić na głośniki. Postanowiłem więc pobrać po raz kolejny ten materiał. Oczarował mnie całkowicie, a smaczku dodał fakt, że słuchałem go właśnie w nocy. Wtedy czuć najlepiej tą nieprawdopodobną atmosferę, która gości na epce. Do rzeczy więc.

Nie trudno się domyślić, że jest to materiał konceptowy, którego motywem przewodnim jest noc. Gres mógł pójść na łatwiznę i napisać proste teksty, stworzyć jakieś tam oklepane kawałki w sposób przejrzysty bez drugiego dna i bez nadaniu im głębi oraz refleksyjności. Mógł zrobić po prostu wszystko. Jednak udowodnił, że jest bardzo kreatywnym, wrażliwym i poetyckim lirykiem. Pomijając już fakt, że wersy są genialnie złożone pod względem technicznym i można odnaleźć sporo podwójnych, niedokładnych oraz wewnętrznych rymów. Pomijając też fakt, że raper użył bardzo szerokiej gamy niebanalnego słownictwa oraz sporej dawki ciekawych metafor i interesujących porównań, to sposób w jaki przekaz działa na słuchacza jest wręcz magiczny i hipnotyzujący. Szczególnie, jak słuchałem tego materiału właśnie w nocy, będąc w stu procentach skupionym na nim. Coś niebywałego. Miałem w zasadzie przed oczyma, to o czym nawijał Gres. Przejdę teraz do przybliżenia tematyki kilku numerów, ale zanim to zrobię wspomnę o tym, co ostatnio przeczytałem w jednej recenzji ,,Noc EP”. Pewien koleżka napisał, że Niemal wszystkie numery mają ukryte, przenośne znaczenie. Właściwie tylko kawałek "Dym" jest w 100% jasny. Po części mogę się z tym zgodzić, bo cały materiał ma takie wersy, że można je interpretować na kilka różnych sposobów. W każdym razie w tracku ,,Gwiazdy” Gres podziwia owe ciała niebieskie i składa im hołd, w mrocznym ,,4 kroki” mamy ponurą historię zbrodniarza, który postanowił po zastrzeleniu człowieka schronić się przed nocą, a w wspomnianym wyżej ,,Dym” artysta poświęca czas dymowi papierosowemu, który nie jest mu obcy, bo sam buzuje. Nie będę opisywał wszystkich kawałków, bo i tak moje proste słowa nie będą w stanie oddać ich magii. W każdym razie we wszystkich utworach przewija się motyw nocy. Epka nie traci w żadnym miejscu na swojej konwencji i spójności. Naprawdę ciężko jest mi wyróżnić jakąś nutę, bo każda jest iście fantastyczna i postawienie którejś ponad którąś, to niewykonalne dla mnie zadanie. Jako ciekawostkę dodam, że na materiale pojawia się jedno bluźnierstwo. A oto próbka możliwości Gresa:

będziemy walczyć, noc zaciera ręce
zniszczymy pastisz, a znajdziemy jej serce
jak terroryści przeprowadzimy zamach
spalimy mapy, by nikt nocy nie znalazł
to nasza misja otworzyć wreszcie oczy
to ekspedycja to wnętrzna nocy
słyszę jej głosy, chodzę tam gdzie najciemniej
do dziś chyba te noce wychodzą ze mnie

Teksty są fantastyczne, a warstwa brzmieniowa także. Snatch stworzył raczej minimalistyczną muzykę, gdzie nie ma takiego czegoś jak przepych dźwięków. Bity są ogólnie spokojne, ale też można dostrzec wyjątek. Idealnym przykładem wolnego podkładu jest ,,Noc” z niezbyt rozbudowanym motywem pianina, a trochę szybszym i żywszym (co nie znaczy, że żywym) podkładem z wyraźną stopą jest ,,Dym”. Mógłbym napisać, że wszystkie bity zebrane do kupy tworzą wybornym, nieziemski, przeszywający, genialny, porywający klimat, dopisując jeszcze wiele innych przymiotników. Jednak najlepiej będzie, jak napiszę, że warstwa brzmieniowa tworzy NOCNY klimat. W tym określeniu zawiera się wszystko to, co występuje na epce pod względem muzyki. Nie dam rady wybrać ulubionego czy najlepszego bitu, bo każdy z osobna stanowi integralną część układanki. Brak jakiegokolwiek podkładu sprawiłby, że ten idealny mechanizm nie funkcjonowałby prawidłowo. Należy także wspomnieć przy produkcji udział DJ’a Bartcha, który dostarczył porządnych skreczy. Na razie wszystkie elementy są idealne i tak samo wygląda kwestia wokalu Gresa. Flow ma na bardzo dobrym poziomie, bo potrafi nawinąć wolniej oraz przyśpieszyć, wprowadzając napięcie (jak chociażby w drugiej części kawałka ,,4 kroki), przy czym zachowuje bardzo wyraźną dykcję. Poza tym świetnie akcentuje. Jednak chyba największym atutem pod względem wokalu jest sam głos rapera. Jest on łagodny, czysty, spokojny. Oczywiście nie tak aksamitny jak w przypadku Q-Tipa, ale idealnie komponuje się z całością. Ktoś o głosie zbliżonym do Tedego, Liroya, Małolata, w zasadzie kogokolwiek, nie byłby w stanie nadać takiego klimatu jak Gresa.

No i co ja mógłbym napisać jeszcze? Chyba już wszystko to, co chciałem zostało napisane, chociaż o tak wybitnym i innowacyjnym projekcie można by napisać pracę magisterską. Podsumuje to w ten sposób - ,,Noc EP” to klejnot wśród polskich produkcji rapowych.

10/10