poniedziałek, 1 listopada 2010

King Sun - Strictly Ghetto EP (1994)

1)Humm Deez Nuts
2)Street Corner
3)BNS Sex
4)Once Upon A Time
5)Suck No Dick
6)Robbin' Of Da Hood
7)Get Down With Da Get Down

W latach 90-tych na scenie Nowego Jorku wychodził chyba najlepszy rap w historii gatunku tej muzyki. Premiery miały takie wybitne krążki jak ,,Life After Death”, ,,Illmatic”, ,,The Infamous” czy też ,,Enter The Wu-Tang Clan (36 Chambers)” (za którym nie przepadam tak naprawdę i jakoś nigdy nie umiałem się zajarać, ale doceniam jego klasę), które na stałe wpisały się w annały historii rapu i można rzec w mniejszym i w większym stopniu ją zmieniły. Ponadto świetną muzykę tworzyli Kool G Rap, Big Daddy Kane, Rakim czy KRS One no i należy pamiętać, że Wielkie Jabłko lat 90-tych to także prężnie działająca i rozwijająca się armia o nazwie Boot Camp Click na czele z generałem Buckshotem. Jednakże trochę, a raczej zdecydowanie w cieniu wyżej wspomnianych raperów, takie osoby jak Krash Man, Dysfunkshunal Familie, Grand Daddy I.U. czy właśnie bohater tej notki - King Sun – robili swoje.

King Sun jest związany z Bronxem, a przedstawiana epka nie jest jego debiutem w rapgrze, bo przed nią nagrał 2 albumy w latach 1989 i 1990, a więc nazwanie tego czarnoskórego rapera weteranem jest jak najbardziej na miejscu. Nowy Jork, lata 90-te, ,,Strictly Ghetto” - to po prostu MUSI być uliczny materiał. Największym zaskoczeniem dla mnie był kawałek ,,Suck No Dick”, który jest bezpardonowym dissem na… uwaga! Ice Cube’a. Sun głównie zarzuca artyście z Los Angeles fałszywość i że jest pozerem. Gracz z NY raczej porwał się z motyką na słońce, ale nie wiem, czy Cube mu odpowiedział. Wyróżniłbym także numer z wpadającym w ucho refrenem - ,,Humm Deez Nuts”, w którym King Sun po części wciela się w rolę nauczyciela ulicznego, który przedstawia obraz realiów, w których się porusza. Jednak zarąbiście dalekie jest to moralizatorstwa, bo to jest street rap, a nie conscious rap. Podobny tematycznie (oczywiście chodzi mi o prezentowanie realiów ulicznych) jest ,,Street Corner”. Z tą różnicą, że jest bardziej bezpośredni oraz ostry. Raper przedstawia swoją bezwzględną naturę, opisując swój dzień, który jednak nie kończy się szczęśliwie. No i tak ogólnie właśnie wokół takich spraw oscyluje tematyka tego wydawnictwa. Ogromna większość tekstów ma formę opowieści. Prosto z ulicy wieści jak u Wilka, ale podane za pomocą dobrych, nierzadko podwójnych rymów.

here’s a magic word, y’all find absurd
bitches always talk about me, so fuck what you heard
and what you’re sayin’ causes all propaganda
soon as I blow up, you show up with a slander
I hit you for a reason, skeezing, now I’m a woman beater
women don’t cheat, but quick to call a man a cheater
now you’re running to the next man
like he really cares stupid bitch, it’s just a sex plan
I caught you off and found another girl to step to
now you’re coming back cause the next man left you
I see you’re catching mad hell on your own
whatever happen to that, you wanna be alone
it wasn’t you he really wanted it was the butt
now you and him can both humm deez nuts

Wspomniałem o dobrych umiejętnościach gospodarza ,,Strictly Ghetto”, jeżeli chodzi o pisanie tekstów, co sprawia, że prosto z ulicy wieści słucha się miło. Teraz muszę dodać kolejny czynnik, który potęguje tę przyjemność, a więc sposób płynięcia po bicie. Flow Kinga to dla mnie wypadkowa Big Daddy Kane’a i Guru. Czemu? Bo wyczuwam płynność i umiejętne przejścia z pętli do pętli, co cechuje tego pierwszego, a zarazem pewną nutkę spowolnienia, stonowania, może czasami monotonii, co jest charakterystycznego dla tego drugiego. Zaskoczyła mnie nawijka Sun’a, bo jest dopracowana i na naprawdę relatywnie wysokim poziomie technicznym. Nie chodzi mi, że raperzy jego pokroju są w tym elemencie słabi, ale ani Krash Man, ani Grand Daddy I.U. nie wyróżniali się niczym szczególnym w kwestii flow. Jak wygląda sprawa z produkcją? Bardzo dobrze i solidnie, a co najważniejsze warstwa brzmieniowa idealnie wpasowuje się w brudny, ponury, niezbyt wesoły (ale w żadnym wypadku przygnębiający, bo o tym będzie kolejna recenzja!) klimat epki. A może wypadałoby powiedzieć, że w dużej mierze ten klimat tworzy. Nie ma tutaj naturalnie żadnych bitów, które zmuszają do kiwania głową czy zapadają w pamięć dzięki swojej melodyczności. Moim ulubionym podkładem jest ,,Humm Deez Nuts” z pojawiającą się świetną, delikatną sekwencją pianina, która jednak nie jest dominująca oraz ,,Robinn’ Of Da Hood” z najbardziej wyrazistym i najlepszym basem na płycie.

Na szczęście kariera King Sun’a – tak jak było niestety w przypadku sporej liczny raperów czy grup, które pojawiły się na scenie Nowego Jorku lat 90-tych – nie rozpoczęła się ani nie zakończyła na jednym wydawnictwie. Po ,,Strickly Ghetto” wydał jeszcze w 1999 roku trzeciego w dyskografii Long Playa, natomiast 3 lata później drugą epkę. Jestem pod wrażeniem tego materiału, bo ściągnąłem go sobie wczoraj na spontanie, kiedy miałem 40 minut do filmu, a nie wiedziałem, czego posłuchać. Wszedłem na pewien bardzo fajny blog, który jest moim głównym źródłem, co do takich produkcji i pobrałem tę epkę. Tak mi się spodobała, że postanowiłem napisać o niej parę słów. Dobre, nie nudzące teksty, świetna, klimatyczna, po części obskurna produkcja plus wysokie umiejętności wokalne reprezentanta Bronxu sprawiają, że słuchanie materiału dla mnie i jak myślę dla każdego, kto lubi taki rap będzie tylko i wyłącznie przyjemnością. Wydawnictwo nie posiada wad, ale na pewno nie mogę uznać je za wybitne lub/i klasyczne. Po prostu kawałek dobrego ulicznego, nowojorskiego, brudnego rapu.

8/10

piątek, 29 października 2010

Mac Dre - The Genie Of The Lamp (2004)

1)Genie Of The Lamp
2)She Neva Seen
3)Early Retirement
4)Out There
5)My Alphabets feat. Suga Free, Rappin' 4-Tay
6)Err Thang feat. J-Diggs
7)Non Discriminant feat. PSD
8)Can You Hear Me Now?
9)I Feed My Bitch feat. Keak Da Sneak, B.A.
10)Not My Job
11)Hotel, Motel
12)2 Times & Pass
13)Make You Mine
14)Crest Shit feat. Dubee, Da' Unda' Dogg, J-Diggs
15)WISHLAMP
d
Doskonale pamiętam, jak dokładnie 3 lata temu ogarnęła mnie ostra zajawka na Mac Dre, która przerodziła się w zajawkę na gangsta-rap. Mamy październik 2010, ja powinienem spać, bo mam na 8 rano do szkoły, ale mam wyjebane jak Bosski Roman, bo są ważniejsze sprawy niż spanie, a poza tym pewien mądry raper nawinął, że sen to kuzyn śmierci, więc wszystko jasne. Wczoraj postanowiłem sobie ściągnąć brakujące albumy z dyskografii Mac Dre, mając nadzieje, że może one mi przywrócą zajawkę na rap, która ostatnio trochę kuleje. Czy przywrócą zajawkę na cały rap, to się okaże, ale jaram się niemiłosiernie ich gospodarzem, dlatego postanowiłem powrócić do jego dokonań i na tapetę biorę ,,The Genie Of The Lamp”. Materiał zawsze wchodził mi bardzo dobrze i raczej nie miałem żadnych obaw jak w przypadku ,,The One And Only” Lil Wyte’a.

Zaraz, zaraz. Wdałem się w trochę niepotrzebne dygresje, a raper, którego twórczością się obecnie jaram to nie byle kto, więc wypadałoby napisać o nim kilka zdań. Większość przeciętnych słuchaczy rapu, jak słyszy Dre, to kojarzy im się to tylko i wyłącznie z wiadomo kim – Dr. Dre. Nic dziwnego, bo producento-raper z Compton to postać legendarna w tym biznesie, ale bohater tej notki także jest legendą. Co prawda nie tak rozpoznawalną, ale dla Bay Area Mac Dre jest Bogiem. Co takiego zrobił ten człowiek, który pochodził z Vallejo, że jest postacią otoczoną wręcz kultem przez niektórych? Ano był prekursorem ruchu hyphy, wymyślił sporo terminów slangowych wraz z E-40, stając się głównymi twórcami slangu Bay Area, stworzył Thizzle Dance, współpracował praktycznie ze wszystkimi ważnymi artystami z Zachodu, wykreował niesamowicie charakterystyczny styl, wydał ogromną ilość albumów. Można by pisać wiele, ale to wystarczy. Przejdę teraz do zawartości albumu.
d
Teksty rapera emanują luzem. Czasami dziwie się, skąd ten człowiek bierze pomysły na wersy. Potrafi w tak fajny, często wręcz głupawy sposób mówić o niektórych tematach, że ciężko, aby nie pojawił się banan na twarzy, a razem wielkie uznanie w duszy, co do jego umiejętności. Przykładów nie trzeba szukać daleko, bo już drugi numer na krążku, a więc ,,She Neva Seen” to potwierdza, a pierwsze dwie linijki kolejnego kawałka ,,Early Retiremant” tylko dolewają oliwy do ognia - ,,I'm doper than a Bobby Brown piss test, bitches blow me till they ain't got no spit left”. Andre Hicks (bo tak nazywa się Mac Dre) świetnie odnajduje się w pimpowych klimatach, których na ,,The Genie Of The Lamp” jest sporo. Z tracków wyróżniłbym jeszcze tytułową piosenkę – taka w zasadzie chełpiąca gadanina o samym sobie, ale w świetnym stylu, a także ,,I Feed My Bitch” – tematyka raczej jasna, ,,Err Thang” – coś na wzór tytułowego kawałka, ale z ciekawiej ułożonym refrenem oraz ,,2 Times & Pass" - jaranie zioła. Teraz trochę dłuższa próbka możliwości tego wariata:
d
get goosed in the city, get your purse took
when I stepped in her life she felt the earth shook
before I spit the first hook, let me lace ya
fucked her, had her crying like somebody maced her
have her a taste of some real macaroni
she swore she would do, anything for me
d
Flow artysty jest nie do podrobienia. On ma wrodzony luz w pływaniu po bitach, takiego czegoś w rapie jeszcze nie było. Robi to fantastycznie tak jakby był na wakacjach, siedział na plaży, pił drinka i nagrywał sobie dla zabicia czasu. Czasami odnoszę wrażenie, że offbeatuje, ale nie jest to offbeat typu Żurom, tylko typu Eis, więc brzmi znakomicie i dodaje uroku nawijce. Produkcyjnie płyta jest utrzymana raczej w dość minimalistycznej, ale bardzo klimatycznej, luźnej (znowu używam tego przymiotnika, ale sam nasuwa się na usta, jak mowa o czymkolwiek związanym z tym raperem), atmosferze. Bity tworzą bardzo fajną otoczkę, w której Mac Dre czuje się jak ryba w wodzie. Do moich faworytów należą ,,Genie Of The Lamp”, który świetnie wkręca się w głowę, ,,I Feed My Bitch” taki dość mocniejszy z wyraźnym basem, ,,Err Thang” z przyjemną, delikatną sekwencją pianina oraz ,,Make You Mine", też się wkręca w głowe i jest dosć melodyczny. Ogólnie warstwa muzyczna jest porządnie zrobiona i nie mam większych zastrzeżeń, co nie znaczy, że jest idealna w każdym calu, bo bit z ,,Hotel, Motel” jest niedorobiony trochę.

Jakbym miał wymienić jedną rzecz, za którą cenię najbardziej Mac Dre, rzekłbym bez wahania – STYL. Tak, pisany wielkimi literami, bo mam na myśli coś więcej niż słownikową definicję tego słowa. Andre Hicks był niesamowicie STYLOWYM artystą, który osiągnął chyba wszystko, co mógł. Jest legendą, nagrał wiele albumów, stał się inspiracją zapewne dla wielu twórców i zdobył może nie rzesze, ale na pewno spore ilości oddanych fanów. Ja zagorzałym fanem Mac Dre nie jestem, ale to właśnie on był brakującym ogniwem w mojej liście 10 ulubionych gangsta-raperów, co chyba tylko świadczy, że dążę tego gracza przeogromną sympatią. Niestety, ale został zastrzelony 1 listopada 2004 roku i niedługo będzie obchodzona 6 rocznica jego śmierci. 1 listopad – Święto Zmarłych, co za ironia. Reprezentant Vallejo jest jednym z wielu dowodów na to, że polski rap przenigdy nie będzie nawet w najmniejszym stopniu zbliżony do amerykańskiego, bo chociażby takiego twórcy jak Mac Dre w Polsce nie było, nie ma i nigdy nie będzie. Natomiast przedstawiona płyta to jedna z najlepszych z bardzo obszernej dyskografii rapera. Thizz In Peace!

8/10

Lil Wyte - The One And Only (2007)

Na moim blogu pojawia się bardzo, bardzo, ale to bardzo mało opisów płyt nie pochodzących z bieżącego roku. Dlaczego? Prosta sprawa. Jak przedstawiam album, który wyszedł w innych latach, robię to dość obszernie, szczególnie jeżeli chodzi o warstwę tekstową. Takie pisanie wymaga czasu i chęci, ale też po części mija się z celem. Czemu? Znowu prosta sprawa. Wtedy jasnym jest, że produkcji sprzed 2010 roku będzie bardzo mało, a można by to zmienić poprzez nie robienie takich szerokich recenzji. Dlatego postanowiłem, że czas na zmiany i od dzisiaj pojawi się nowa etykieta o nazwie ,,płyty – przypomnij sobie”, pod którą będą się pojawiać opisy krążków nie pochodzące z 2010 roku. Będą one bardzo podobny do notek pojawiających się pod ,,USA 2010 płyty” itp. Z wyjątkiem, że dodatkowo będę umieszczał tracklistę. Człon ,,przypomnij sobie” w etykiecie oczywiście będzie dotoczył bezpośrednio mnie, gdyż będę przedstawiał płyty, które miałem okazje już kiedyś słyszeć.

Tak więc jak to mówi Wacek – jebać podziały, zaczynamy!



1)The One And Only
2)We Ain't Kool feat. Juicy J
3)I Got Dat Candy
4)That's What's Up
5)Talkin' Ain't Walkin'
6)Get High
7)It's On feat. DJ Paul
8)Feelin' Real Pimpish feat. Project Pat
9)Get Wrong
10)Choppa On Da Back Seat feat. Project Pat
11)Gettin' Money Boy
12)Cake
13)Got'm Lookin'
14)Fucked Up feat. Juicy J
15)Suicide feat. DJ Paul
16)Ghostin' feat. Juicy J
17)Do It Fluid feat. DJ Paul
18)Dat Boy feat. Project Pat
19)Gun Do Da Talkin'
20)Outro

Cytat Wacka idealnie tutaj pasuje, bo pierwszym albumem, który doznaje zaszczytu (o ile tak to można nazwać) znalezienia się tutaj jest krążek numer trzy w dorobku Lil Wyte’a. Nie mylić z Lil Wayne’m, bo to przestępstwo. Wyte to biały raper, który reprezentuje Memphis, a więc Dirty South i to te gangsterskie Dirty South. Jako że Patrick Lanshaw (tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko artysty) jest związany z Hypnotize Minds, a więc Three 6 Mafią, miałem spore obawy, jak po kilku latach, kiedy mój gust uległ zmianom, spodoba (lub też nie) mi się album. Ostatnim razem, a zarazem był to pierwszy raz, ,,The One And Only” słuchałem na początku lipca 2007, a więc ponad 3 lata temu. Wtedy materiał przypadł mi do gustu, ale nie pamiętam, abym go jakoś dużo słuchał.

Tak naprawdę to wiedziałem, co dostane pod względem tekstowym. Każdy trzeźwo myślący słuchacz wiedziałby także. Powiedzmy, że na Południu wyróżniam sobie 3 grupy raperów. Pierwsza to rap pokroju Cunninglyguist, a więc coś głębszego. Druga to genetyczne wynalazku pokroju Gucci Mane’a, a więc coś bliżej niezidentyfikowanego, gdyż nikomu nie chce się badać łajna. Trzecia to rap, który właśnie robi Lil Wyte, a więc ostra, bezkompromisowa, bezpośrednia i mocna gangsterka. Raper nie stroni od brawurowego poruszania takich tematów jak strzelaniny, pieniądze, narkotyki, palenie, ulica, przemoc, zabójstwa, gangi, kobiety lekkich obyczajów czy hejterzy. Dlatego też mamy takie kawałki jak ,,Get High”, ,,Talkin’ Ain’t Walkin’”, ,,It’s On”, ,,Gun Do Da Talkin’”, ,,Gettin’ Money Boy” i tak dalej. Teksty jak teksty. Nie jestem fanem takiego typu tematów, co nie znaczy, że przekreślam każdego gangsta-rapera, ale ten z Memphis do mnie w ogóle nie trafia. Nie dostrzegam w jego lirykach kompletnie niczego, co by wyróżniało go z tłumu, dlatego też nie będę nic przytaczał.

Dodatkowo jego flow mnie zniechęca, odpycha i naprawdę musiałem się ostro przemęczyć, aby przetrwać całą płytę. Ktoś mógłby powiedzieć jak to? No tak to, tak to. Fakt, że Patrick nawija z agresją, siłą przebicia, krzykliwością, wręcz brutalnością, co bardzo dobrze wydawałoby się pasuje do treści, jakie niosą ze sobą jego teksty, ale mnie to po prostu denerwuje, odpycha i nie pasuje. To samo z głosem. Jest zachrypnięty, ciężkawy i mocny, a więc praktycznie idealny do bezkompromisowego nawalania w stylu Dirty South, ale mnie to nie przekonuje. Związane jest to oczywiście z moim gustem, bo przecież nie rzucam epitetami, że rap Lil Wyte’a jest chujowy i tyle. Ja po prostu nie jestem w jego grupie docelowej. Z warstwą brzmieniową też nie jest kolorowo. Nie zniechęca i nie odrzuca mnie tak jak asortyment wokalny rapera, ale nie jest o wiele lepiej. Większość bitów jest dla mnie za ciężka, nie do strawienia, asłuchalna. Tak naprawdę jedynym podkładem, który mi się całkowicie podoba jest ,,Feelin' Real Pimpish”. Chociaż muszę powiedzieć, że w niektórych bitach wyczuwam lekki potencjał, który został zmarnowany przez gospodarza, bo gdyby np. C.O.S. nawijął pod ,,Choppa On Da Back Seat”, brzmiałoby to o wiele lepiej.

Na albumie jest trzech gości i są to Project Pat, DJ Paul oraz Juicy J. Wszyscy twórcy są z tej samej bajki, co Wyte, więc chyba nie trudno się domyślić, że ich występy oceniam negatywnie. Oczywiście różnią się sposobem nawijki (chociaż DJ Paul i Lil Wyte mają bardzo podobną), ale można wrzucić ich do jednego wora, jeżeli chodzi o styl rapu, który robią. Czasem może się zdarzyć, że featuringi podnoszą ocenę wydawnictwa, ale w tym przypadku nie ma na to żadnych szans. Mówiąc szczerze, słuchanie ,,The One And Only” to był błąd i ponad godzina wyjęta z mojego życiorysu. Normalnie, gdybym już nie miał w głowie postanowienia, że ta płyta pójdzie na pierwszy ogień, skończyłbym słuchanie po trzecim może czwartym numerze. Nie znajduje na krążku w zasadzie żadnych pozytywów. Począwszy od tekstów, które do mnie nie przemawiają, po denerwujący i odrzucający sposób pływania po bitach, aż po nieudolne, zupełnie nie trafiające w moje wyobrażenie tego, jak dobry rap powinien brzmieć, podkłady. Ocena naturalnie będzie bardzo niska i miałem nie dać linka do żadnego kawałka, ale zmieniłem zdanie i dam do najmniej raniącego moje uszy.

2/10

środa, 27 października 2010

9 kolejka Bundesligi

Piątek

Pierwszy dzień i od razu byliśmy świadkami hitu dziewiątej serii spotkań, bo w Hamburgu miejscowy HSV podejmował mistrza kraju Bayern Monachium. Niestety, ale nie mogłem obejrzeć tego spotkania, bo musiałem pójść po jednego ziomka na dworzec, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gdyż skrót też jest jakimś pocieszeniem. Widowisko ogólnie rozczarowało, bo padł remis bezbramkowy, a najlepszą okazje do strzelania gola mieli gospodarze, jednak Pitroipa, będąc sam na sam z Buttem, trafił w słupek. Może wydać się to niewiarygodne, ale faktów nie da sie zataić - Bawarczycy to drużyna, która jak do tej pory zdobył najmniej w Bundeslidze.

Sobota

Schalke, jak na razie odniosło tylko jedna zwycięstwo na krajowym podwórku, ale bardzo dobra postawa w ostatnim spotkaniu Ligi Mistrzów dawała nadzieje, że podopieczni Magatha wywiązą z Frankfurtu 3 punkty. Rzeczywistość okazała się inna i co prawda spotkanie zakończyłem się wynikiem 0:0, to ekipa gości była bezradna, a w szczególności w drugich 45 minutach, gdzie chyba opaczność czuwała nad wicemistrzami Niemiec, bo Eintracht miał mnóstwo świetnych sytuacji bramkowych. Złej passy Schalke ciągle dalszy i zastanawiam się, kiedy nadejdzie przełamanie?

Wydawać by się mogło, że kiedy gra Hannover z Koln obie ekipy zajmują sąsiadujące miejsca w tabeli, jednak należy przede wszystkim pamiętać, iż my mówimy o Bundeslidze. Gospodarze przystępowali do tego meczu w roli murowanego faworyta, bo o wiele lepiej poczynają się w lidze od gości. Nie było niespodzianki i to piłkarze Mirko Slomki odnieśli zwycięstwo, pokonując zespół Adama Matuszczyka, który rozgerał 66 minut, 2:1. FC Koln spada na ostatnią lokatę.

Zarówno Norymberga jak i Wolfsburg przegrały swoje ostatnie ligowe spotkania, więc któraś z drużyn miała szansę na poprawienie wizerunku. W składzie Wilków oczywiście od pierwszej minuty zagrał Grafite, który już raczej na stałe zapewnił sobie miejsce w pierwszej jedenastce po niezbyt udanym początku rozgrywek. Jednak nawet trafienie Brazylijczyka nie pomogło gościom, którzy musieli uznać wyższość lepiej dysponowanych gospodarzy i ulegli 1:2.

Nie jeden sympatyk piłki nożnej pewnie zastanawiał się, jak odejście Ozila wpływie na postawę Werderu w tym sezonie. Co prawda ekipa Schaafa nie gra wybornie, ale za się zauważyć, iż pod nieobecność Mesuta są inni, którzy ciągną grę i są ważnymi ogniwami w drużynie jak Marin, który zresztą rok temu świetnie sobie poczynał czy Wesley. Bremeńczycy pewnie ograni 4:1 na wyjeździe Borrusie Moenchengladbach, ale należy także zaznaczyć wyborną postawę rezerwowego bramkarza gości Mielitza, która wybronił niesamowitych piłek.

Świetna passa strzelecka Papissa Cisse się nie kończy tak samo jak fatalna passa Kaiserslautern. Tak można by najkrócej chyba opisać rywalizację w Freiburgu, gdzie gospodarze podejmowani wspomnianego wyżej beniaminka. Nie trudno się domyślić, że zwyciężyli, a konkretnie 2:1 i że co najmniej jednego gola zdobył Cisse, a konkretnie tego na 1:1. To już 8 bramka napastnika Freiburga w tym sezonie i 6 porażka z rzędu FCK1.

Niedziela

Stuttgart pokonał 2:0 na Mercedez Benz Arena Sankt Pauli, ale tak naprawdę to nie powinni byli wygrać. Nie chodzi tylko o to, że goście byli po prostu lepszym zespołem, ale sędzia oszukał ich, kiedy jeden z napastników beniaminka przy stanie 1:0 dla VFB wychodził sam na sam z Urliechem, a arbiter dopatrzył się spalonego, którego nie było. Poza tym druga bramka dla gospodarzy padła w kontrowersyjnych okolicznościach.

W Dortmundzie miejscowa Borussia podejmowała Hoffenheim i mecz zakończyłem się wynikiem 1:1, ale jasnym jest, że sędzia podobnie jak w spotkaniu w Stuttgarcie, się nie popisał i popełnił sporo błędów. Największym było kazanie powtórzenia rzutu karnego wykonywanego przez Sahina pod pretekstem, iż Barrios wbiegł w pole karne przed tym, jak Turek oddał strzał, co oczywiście nie miało miejsca. Druga próba pokonania golkipera Wieśniaków z 11 metra się nie powiodła. Przez to podopieczni Jurgen Kloppa tracą pozycję lidera.

No i wreszcie pojedynek pomiędzy Bayerem Leverkusen, a Mainz, które w zeszłej kolejce uległo przed własną publicznością ekipie HSV, tracąc tym samym pierwsze miejsce w lidze. Gospodarze przez pierwsze 20-25 minut mogli zdobyć co najmniej jednego gola, ale brakowało precyzji. Zemściło się to na nich, bo zawodnicy FSV w drugiej części meczu strzelili bramkę i zwyciężyli skromnie 1:0, wywożąc cenne 3 punkty z Bay Arena.

Tabela. Oczywiście w przypadku równej liczby punktów decyduje różnica bramek.

1)Mainz - 24 punkty
2)Borussia D. - 22 punkty
3)Hannover - 16 punktów
4)Hoffenheim - 15 punktów
5)Bayer - 15 punktów
______________

14)Stuttgart - 7 punktów
15)Kaiserslautern - 7 punktów
16)Schalke - 6 punktów
17)Borussia M. - 6 punktów
18)Kolonia - 5 punktów

Liga Mistrzów, Eliminacje Ligi Mistrzów, Liga Europejska, Baraże, Spadek.

Strzelcy:

Cisse - 8 goli, Freiburg
Gekas - 7 goli, Eintracht
Grafite - 6 goli, Wolfsburg
Ba - 5 goli, Hoffenheim
Huntelaar - 5 goli, Schalke
Konan - 5 goli, Hannover
Dzeko - 5 goli, Wolfsburg
Almeida - 5 goli, Werder
Lakic - 5 goli, Kaiserslautern
Pogrebnyak - 5 goli, Stuttgart

wtorek, 26 października 2010

Podsumowanie trzeciej kolejki fazy grupowej Ligi Mistrzów 19 i 20 październik

Wtorek

Grupa E

Bayern 3:2 Cluj

Po naprawdę nienajgorszym występie w ostatniej kolejce ligowej można było się spodziewać, że Niemcy nie powinni mieć większych problemów z ograniem Rumunów. Nic bardziej mylnego, bo Monachijczycy grali słabo, bez pomysłu i polotu. Jak więc wytłumaczyć wynik? Ano tak, że piłkarze Cluj strzeli sobie praktycznie 3 samobójcze bramki. Bawarczycy mają komplet punktów w grupie i praktycznie zapewniony awans, ale styl gry pozostawia wiele do życzenia.

Roma 1:3 Basel

Chyba nikt się nie spodziewał takiego obrotu spraw w Rzymie. Roma miała tam kilka swoich okazji i nawet raz słupek stanął na przeszkodzie zdobycia bramki, ale Szwajcarzy po prostu byli lepsi w każdym aspekcie. Trafienia na 3:1 to najlepsze podsumowanie występu gospodarzy, którzy niespodziewanie lądują na ostatnie miejsce w grupie.

Grupa F

Spartak 0:2 Chelsea

Spotkały się jak na razie dwa niepokonane zespoły tej grupy, ale podopieczni Carlo Ancelottiego przyjechali do Moskwy w roli faworyta, murowanego faworyta. Owszem, udało się wywieźć ważne 3 punkty, ale mecz był ciężki, bo to gospodarze stworzyli sobie więcej sytuacji, ale albo dobrze interweniował Cech, albo brakowało precyzji.

Maryslia 1:0 Zilina

Natomiast we Francji dla kontrastu grały ekipy, które jeszcze nie zdobyły punktu, a Olimpique nawet nie strzelił bramki. Jasnym było, że ta sytuacja się zmieni (mowa o pierwszej) i wysoce prawdopodobnym, iż na korzyść gospodarzy. No i tak właśnie się stało, co prawda skromne zwycięstwo, ale cenne.

Grupa G

Real 2:0 Milan

Chyba nie trzeba być geniuszem, aby domyślić się, że pojedynek na Bernabue był największym hitem 3 kolejki fazy grupowej Ligi Mistrzów. Dla Jose Mourinho była to w zasadzie pierwszy bardzo poważny test w sezonie. Portugalczyk oraz jego piłkarze zdali ją bez większych problemów, gdyż dominowali na murawie, a wynik mógłby być wyższy.

Ajax 2:1 Auxerre

Dla trzeciej drużyny Ligue 1 sezonu 2009/2010 spotkanie na Amsterdamskiej Arenie było w zasadzie meczem o wszystko. Porażka praktycznie przekreślała szanse Auxerre na wyjście z grupy, znaczącą oddalając nadzieje na miejsce numer 3, ale nie niwelując jej do zera. Dla Ajaxu też był to ważny mecz, bo zwycięstwo podtrzymywało szanse na wyjście z grupy śmierci. Holendrzy wygrali zasłużenie, a zespół Dudki i Jelenia nadal bez punktu.

Grupa H

Braga 2:0 Partizan

Zespół Sportingu w eliminacjach Ligi Mistrzów namieszał ładnie, ogrywając m.in. Seville, ale w fazie grupowej to raczej rywale nimi mieszają. Niemniej jednak nadal sądzę, że są w stanie awansować dalej, a wygrana z Partizanem sprawia, że pozostają w grze o awans. Portugalczycy mają potencjał i sądzę, że teraz będzie tylko lepiej, a trafienie Limy na 1:0 przepiękne.

Arsenal 5:1 Szachtar

Kanonierzy praktycznie zawsze są maszyną nie do przyjścia w grupie, a kiedy przychodzi do fazy eliminacyjnej już jest trochę inaczej. Sezon 2010/2011 na razie potwierdza pierwszą część tej tezy, bo miażdżą kolejnego rywala, tym samym zdobywając komplet punktów i już praktycznie wraz z czteroma innymi ekipa są w 1/8.

Środa

Grupa A

Inter 4:3 Tottenham

Było to chyba najbardziej interesująco zapowiadające się spotkanie środowych spotkań i faktycznie było na co popatrzeć. Chociaż, kiedy Inter w 35 minucie prowadził 4:0, dodatkowo grając w przewadze zawodnika nie jeden pewnie wyłączyć telewizor. No i żałował, bo Tottenham grał do końca, a Bale zdobył klasycznego hat-tricka. Ciekawe, ilu teraz znajdzie się ludzi mówiących, że wyszedł mu jeden mecz tak jak mówili, że Ozilowi wyszedł jeden Mundial?

Twente 1:1 Werder

Bremeńczycy mnie osobiście bardzo zawodzą w Lidze Mistrzów. Fakt, że są w bardzo trudnej grupie jest niezaprzeczalny, ale należy pamiętać, że piłkarze Schaafa mają niesamowity potencjał, który nie raz potwierdzali w poprzednich latach. Remis z mistrzem Holandii w perspektywie wyniku w Mediolanie nie jest zły, ale teraz trzeba będzie wygrywać, aby awansować.

Grupa B

Schalke 3:1 Hapoel

Jak grają w Bundeslidze gracze Schalke to chyba nie trzeba, a powiedziałbym nawet, że nie warto wspominać, ale w Champions Leauge radzą sobie dobrze. Poprzednio ograli Benfice w dobrym stylu, a teraz poradzili sobie bez problemu z outsiderem z Tel Awiwu. Tym razem Huntelaarowi nie udało się wpisać na listę strzelców.

Lyon 2:0 Benfica

Francuzi podobnie jak Schalke na własnym podwórku nie prezentują się dobrze, ale Liga Mistrzów to inna bajka. Lyon zwycięża pewnie i zasłużenie, mimo ułatwionego zadanie od 43 minuty, w której to drugą żółtą kartkę obejrzał Gaitan. Jest to trzecia wygrana Olimpque w grupie, która daje im praktycznie awans.

Grupa C

Rangers 1:1 Valencia

Jakby spojrzeć na statystykę posiadania piłki oraz ilość oddanych strzałów, można by stwierdzić, że to Hiszpanie dominowali i powinni wygrać. Nic bardziej mylnego. Mistrz Szkocji miał o wiele lepsze sytuacje i zaprezentował się całościowo lepiej. Szkoda, że nie wygrali, bo mimo że mają punkt przewagi nad Valencia czeka ich ciężki rewanż na wyjeździe, który jak przegrają może być nieciekawie.

Manchester 1:0 Bursaspor

Czerwone Diabły przystąpiły do tego meczu w nie najsilniejszym składzie, ale w pierwszej jedenastce znalazł się zdecydowanie najlepszy piłkarz zespołu United tego sezonu – Nani. Źle się dzieje w klubie ze względu na całą sprawę z Rooney, ale trzy punkty pozostały na Old Trafford, a gola zdobył nie kto inny jak Nani.

Grupa D

Barcelona 2:0 Kopenhaga

Gospodarze odnoszą zwycięstwo bez większym problemów, bo goście nie byli w stanie nawet oddać celnego strzału na ich bramkę. Zaskoczeniem na pewno był fakt, że Kopenhaga była dotychczas liderem grupy, a porażka z Barceloną jest ich pierwszą tak jak strata dwóch goli jest ich pierwszą stratą.

Panathinakos 0:0 Rubin

Oba zespoły były jak do tej pory bez zwycięstwa, więc była to szansa, aby to zmienić. Niestety wynik padł taki jaki padł, a więc najgorszy dla obydwu stron, a najbardziej korzystny dla Barcelony i Kopenhagi.

__________________________________

Mam ze wszystkim poślzigi i to spore, ale tutaj jakoś czas płynie inaczej.