wtorek, 11 stycznia 2011

Top 3 - Polska 2010

Nadszedł czas, aby zająć się naszym polskim podwórkiem i wyróżnić 3 najlepsze albumy, które ujrzały światło dzienne rok temu. Łącznie z Polski sprawdziłem nie tak wiele, bo 12 płyt, dlatego też nie będę robił listy chociażby top 5. Nazwa tematu zostaje praktycznie taka sama jak przed rokiem. No i tak jak było to w styczniu 2010 roku, nie miałem w zasadzie żadnych problemów, aby wytypować czołową trójkę, zachowując naturalnie kolejność.

1)Słoń & Mikser - Demonologia
Obecność tego krążka na mojej liście to jest bez wątpienia zaskoczenie. Zaskoczenie dla samego siebie, a także innych, którzy znają mój gust i wiedzą, że horrorcoru i rapu zbliżonego do niego raczej nie lubię. Słoń, który jak wiadomo, reprezentuje Poznań spodobał mi się niesamowicie od pierwszego większego kontaktu z jego muzyką, który miał miejsce w kwietniu 2010. Tak więc relatywnie niedawno, mając na uwagę, że działa na scenie już od kilku lat. Nie spodziewałem się, że rap artysty wywrze na mnie tak dobre wrażenie. ,,Chorymi Melodiami" jarałem się ostro i nawet postanowiłem poświęcić osobną recenzje temu albumowi. Dobra, to teraz należy przejść do drugiego solo Słonia. ,,Demonologia'' to płyta utrzymana w podobnym stylu, co debiut, a więc obskurne, bezpardonowe, momentami odrażające i przyprawiające o odruch wymiotny, a zarazem pomysłowe, błyskotliwe i pełne humoru (czarnego, jakby nie patrzeć) linijki, które są opancerzone w niebanalne rymy. Ci, którzy twierdzą, że Poznaniak tekstowo jest słaby czy chociażby średni są dla mnie lekko dziwni. Ma dobrą technikę składania wersów i mocny przekaz. Jednak lirycznie ,,Demonologia" jest bardziej rozwinięta niż ,,Chore Melodie", gdyż słuchacz dostaje takie tracki jak ,,Trzoda" oraz ,,Szczerze". Pierwszy to bujający imprezowy numer, natomiast drugi jest bardzo mądry i refleksy z niezwykle prawdziwym i trafnym tekstem. Wyróżniłbym także najbardziej hardkorowy kawałek, jaki dane było mi słyszeć w Polsce - ,,Love Forever". Nie jestem jego fanem, ale trzeba przyznać budzi kontrowersje i przeciera szlaki. Za produkcję jest odpowiedzialny Mikser, który spisał się bardzo dobrze. Muzyka na albumie jest spójna, dopracowana i podkłady potęgują przesłanie, jakie w wersach niesie MC. Słoń dobrze radzi sobie na bitach, na pewno z nich nie wypada i nie do końca zgodzę się, że nie rozmaica nawijki. Chociażby w ,,Szczerze" brzmi o wiele inaczej aniżeli w ,,Niech Płoną" czy ,,Intro (Jebać Idiotów"). Kończąc wywody nad ,,Demonologią", dodam, że mimo iż materiał już mi się przejadł, bez problemu uznaje go za najlepszą polską rapową płytę. Nie dlatego, że jestem gimnazjalistą (chociaż bardzo bym chciał), a po prostu, bo mnie zniszczyła.

2)PIH - Dowód Rzeczowy Nr. 1
Po ,,Kwiatach Zła", które można uznać za jedną z najlepszych (jak nie najlepszą, chociaż osobiście takiej opinii nie wyznaję) płyt 2008 roku, mało kto przypuszczał (w tym także ja), że Adam Piechocki będzie w stanie nagrać nie tyle że coś lepszego, a chociaż coś tak świetnego. Artysta znany z tego, że nie raczy przebierać w słowach i nie stroni od używania często nadmiaru, moim zdaniem, przekleństw, udowodnił wielu słuchaczom, że należy do ścisłej czołówki polskich raperów, którzy notują progres. Otóż prezentowany krążek jest wg mnie najlepszym w dyskografii Piha, którą można podzielić na dwa etapy - przed ,,Kwiatami Zła" oraz ,,Po Kwiatach Zła". Nie chcę przez to powiedzieć, że na kilku pierwszych produkcjach rapera nie ma ciekawych i wartościowych numerów, bo chociażby ,,2003" to dla mnie jedna z najlepszych nut w historii polskiego rapu, ale chodzi o to, iż Białostoczanin zanotował wyraźny progres w kwestii tekstów. Nie stosuje już prostackich wersów, rozbudował szeroko swoje słownictwo, poszerzył znacząco zakres elementów porównawczych w porównaniach, fantastycznie i dobitnie obrazuje zjawiska. Mówiąc krótko, lirycznie wspiął się na wyżyny i potwierdził to zdecydowanie na najnowszym solowym albumie. Spektrum tematów, które porusza PiH, powinno zadowolić słuchaczy, którzy cenią sobie wielotematyczność. Tak więc jest ,,Weneckie Lustro", będące psychodelicznym storytellingiem, któremu dodatkowo wymowy dodaje pierwszoosobowa narracja, głębokie i zaangażowane tematycznie ,,Czas" oraz ,,Zgniłych Sumień Cmentarz", numer, który można puścić na imprezie i powinien rozbujać towarzystwo ,,100g (Szyja)", sprawozdanie z osiedli ,,Dokument (Słodko-Gorzki Smak)" czy też ciekawe kolaborację z Pezetem oraz Peją w ,,Śniadanie Mistrzów" czy z reprezentacją Poznania - Słoniem, Shellerem, Kaczorem w ,,Śmiertelnych Linijkach". Do brzmienia nie mam żadnych zarzutów, bo kiedy ma być mocniejsze jak w ,,Ambicje Nie Dają Mi Żyć" to jest, a jak łagodniejsze, wprowadzające smutny nastrój np. w ..Czas" to też jest. Możliwe, że jest to najlepiej wyprodukowana, nie licząc Kobry, płyta 2010 roku w Polsce. Mój numer 2 bez wątpienia.

3)Tede - Fuck Tede/Glam RapFiodor wydaje sporo ostatnimi latami i niektórzy słuchacze uważają, że ostatnią dobrą produkcją od niego było... AH24N2, a więc mixtape z dissami na Peję. Ja się z tym nie zgadzam, bo ,,Fuck Tede/Glam Rap" to także produkcja bardzo wysokich lotów. Jest to naturalnie podwójny album, który będę traktował jako całość, bo gdybym wziął pod uwagę tylko ,,Fuck Tede", to byłby to mega poważny kandydat do zajęcia pierwszego miejsca w tym rankingu. Zacznę od tego, że Tede był zawsze znany z świetnych, nietypowych i bardzo zaskakujących akcji promocyjnych. Na pewno nie jeden słuchacz pamięta, co działo się w drugiej części beefu z Onarem czy przed wydaniem IV Woluminu Buhh'a. Jacek Graniecki trząsł internetem jak miło. Nie będę pisał dokładnie, czego tym razem dokonał artysta, bo każdy zorientowany w temacie o tym wie, a jak nie, to odsyłam do tych linków: http://www.youtube.com/watch?v=FNUKZKWAFD4, http://www.youtube.com/watch?v=xgvTQra_9SY, a następnie do tego http://www.youtube.com/watch?v=K0VzuWc6sEQ. No i wszystko robi się jasne. Dobra akcja promocyjna to jednak dopiero połowa sukcesu, bo należy także postarać się o zrobienie dobrego rapu. Pod tym względem Tede mnie nie zawiódł. Oczywiście lepszą połową krążka jest CD1, a więc ,,Fuck Tede", która jest bardziej poważna od imprezowego ,,Glam Rap". Na ,,Fuck Tede" nie ma dla mnie żadnego numeru, który uznałbym za wypełniacz, mimo że na początku ,,To Nie Film" mnie denerwował. Poza tym ta płyta wykreowała jeden z najlepszych kawałków rapera w historii - ,,Inne Getto". Bardzo trzeźwe spojrzenie na sprawę wychowywania się w blokach i tych, którzy zgrywają wielkich uliczników, chcących, jak sam Tede nawinął, zmienić beton w filozofię. Ponadto dobór gości jest bardzo interesujący, ponieważ obecność takich postaci jak Eldo, Pezet czy chociażby Molesta jest niemałym zaskoczeniem. Jacek świetnie radzi sobie na majku, bo ma flow, coś do powiedzenia i dobre rymy. Charyzmy z czasów ,,Hajs, Hajs, Hajs" nigdy nie odzyska, ale i tak jest się czym jarać. Z drugiego CD najbardziej podobały mi się ,,La La La Lachon" oraz ,,Imprezowy Automat" i mimo jak ktoś nazwie drugi track za plastik, nie będę miał z tym problemów, ale mi on się podoba. Zjada całą dyskografię Gucci Mane'a i nawet nie dostaje zgagi. Brzmienie jest zastrzeżeń, bo Sir Mich wie, jak zrobić dobre bity. Moimi ulubiony są ,,Inne Getto", ,,La La La Lachon", ,,WWR", ,,Mixtejp" i wiele wiele innych. Ogólnie mówiąc, świetna płyta z nowatorskim (chociaż męczącym trochę) konceptem zrobienia z CD2 audycji radiowej.
___________________

2010 rok w polskim rapie był udany i większość produkcji, które miałem okazje przesłuchać, trzymało co najmniej niezły poziom. Ja już napisałem wszystko, co chciałem napisać. Nie mam nic do dodania. Powinienem już iść spać, bo mi się chcę, gdyż wczoraj mało spałem, no nie mogłem. Denerwuje się przed już w zasadzie dzisiejszym testem (piszę to już około godziny 1) ze zjebanej fonetyki akustycznej, bo to jest popierdolone w chuj i pewnie i tak nie zasnę. Jak uda mi się zaliczyć, to zrobię rewolucję na blogu.

Tak więc drodzy czytelnicy! Trzymajcie kciuki i szykujcie się, bo mogą polecieć głowy!

poniedziałek, 10 stycznia 2011

10 najlepszych kawałków 2010 roku w USA

Mówiąc szczerze, zrobienie listy 10 najlepszych kawałków poprzedniego roku było dla mnie trudnym zadaniem. Miałem 16 faworytów, z których musiałem usunąć 6, a więc ponad 1/3. Jakoś udało mi się tego dokonać, ale po prostu nie było szans, aby stworzyć listę od najlepszego w dół. Zajęłoby mi to wieczność, a i tak zapewne nie byłbym w stanie ustawić numerów w odpowiedniej kolejności. Dlatego też zaprezentuję ranking bez kolejności. Zadbałem o to, aby żaden raper/zespół nie powtarzał się na liście w celu zachowania różnorodności, bo mógłbym przecież umieścić cały album np. Little Eskimo Jesus, ale byłoby to bez sensu.

Jermiside & Danny Diggs – Still With Me (Kno Remix)

Jest to niesamowicie refleksyjny kawałek, w którym każda zwrotka jest poświęcona czemuś innemu. W pierwszej Jerminside rapuje na temat uczucia miłości, drugą poświęca miastu, w którym się urodził – Cincinnati, natomiast trzecia jest najbardziej wymowna, gdyż traktuje o śmierci bliskiej osoby. Sposób, w jaki artysta napisał tekst budzi szacunek, jednakże równie wielki podziw wyzwala u mnie podkład muzyczny. Remix Kno jest o stokroć lepszy od oryginalnego bitu, gdyż sprawia, że track nabiera większego wyrazu smutku. Dodatkowo należy podkreślić świetny refren, który niesie ze sobą bezradność.

I see your face in many strangers as they pass me by
I’ll never come to grips with it, but I’m done with asking why
put my head inside my hand and then I gave them a massive sigh


Kero One – Time Moves Slowly feat. The Tones

Nie raz już na blogu wspominałem o tej nucie. W recenzji najnowszej płyty Kero One’a czy też najnowszej epki The Tones, gdyż ,,Time Moves Slowly” znalazł się na obu tych wydawnictwach. Nic dziwnego, że chłopaki byli tacy zadowoleni ze współpracy, bo wyszła im prawdziwa perła. Numer, który spodoba się każdemu, kto lubi rap o przemyśleniach. Właśnie taki jest ten kawałek. Mówi nam o upływających minutach, godzinach, dniach, miesiącach wraz, z którymi upływa nasze życie i mają miejsce różne wydarzenia. Kiedy go słucham, to nachodzi mnie myśl, że muszę starać się być coraz lepszym człowiekiem, bo nie wiadomo, kiedy nadejdzie koniec. Piękne zwrotki, cudowny bit, kapitalny refren.

but some days I lose vision with my decision
living selfish, helpless is intuition in prison
cause really I’d like to show my love to those who raised me
or maybe I’d rather spend time with friends instead
rising a glass to the good life I had

Niestety, ale jedynie mogę zaoferować to:


C.O.S. – Nightmare

Jeden z dwóch przedstawicieli gangsta-rapu, którzy znajdą się na tej liście. ,,Nightmare” to zdecydowanie najlepszy track z najnowszej płyty Latynosa reprezentującego Sacramento. Cos Of Criminal zabiera słuchacza w podróż po osiedlu, na którym życie to tytułowy koszmar, a on musi nim żyć. Kto zna rapera doskonale wie, ile serca oraz emocji wkłada on w swoje kawałki i o tym nie muszę pisać, bo to jedna z cech charakterystycznych artysty. Bardzo dobre flow, chrypka w głosie i zapadający w pamięć hook znajdujący się na końcu numeru. Bardzo często słuchałem tej nuty w październiku, bo nie mogłem się przyzwyczaić trochę do innego życia, które traktowałem (trochę wyolbrzymiając jak trzeźwo na to patrzę) jako koszmar.

used to hang out on a bench slanging white in the hood
knowing everyday I can die in the hood
so I stayed strapped, nigga like I riding with Suge
with some jaycats niggas, telling lies to the hood

it’s like trying to find a stone in sand on the beach
it’s like trying to find home where ain’t nothing sweet
it’s a nightmare…


Grieves – Out Of My Mind

Zmieniam teraz zupełnie tematykę, bo jak pierwsze 3 piosenki były głębokie i jakby nie patrzeć dość smutne, to tutaj dominuje zupełnie inny klimat. Przede wszystkim pierwsze, co przykuło moją uwagę to dość nietypowy podkład muzyczny. Lekko eksperymentalny, dość skoczny, ale zupełnie daleki od plastiku. Głównym motywem kawałka jest imprezowy chill-out, który zaczyna się w piątek, a kończy z nadejściem poniedziałku. Tylko, że ten chill-out jest dość nietypowy, bo polega m.in. na tańczeniu w własnym pokoju, piciu butelki wina, skakaniu na kanapie, zabawie w karaokę, ale… zupełnie samemu. Bez towarzystwa. Miałem kiedyś zajawkę, aby przy słuchaniu tylko tego kawałka wypić sobie 8 kasztelanów, będąc sam w chacie, ale to raczej niemożliwe z kilku powodów. W każdym razie track mnie jara.


working on, working on, leaving this silly little life behind
probably just till Monday comes
cause when the week is done, I’d be known to freak some fun
and I normally goes on till the morning light
drunk and singing Journeys songs up in my room


Diabolic – 12 Shots

Debiut Diabolica to trzecia najlepsza płyta minionego roku, a ,,12 Shots” to jeden najbardziej oryginalnych storytellingów, jakie było mi dane słyszeć w życiu. Artysta opowiada historie, w której to udaje się do baru, bo chce poprawić sobie humor i zaczyna pić, a więc walić tak zwane shoty (przy okazji pozdrawiam Irlandczyka, który postawił mi i ziomkowi shota gorzkiej żołądkowej w Klinice pod koniec września!) . Z każdą dawką alkoholu Diabolic staje się coraz bardziej pijany i zaczynają chodzić po jego głowie przeróżne negatywne myśli. Ma ochotę przelecieć barmankę, chce zrobić burdy, dochodzi do wniosku, że jego życie jest nieudane itd. Po 11 shocie wychodzi na zewnątrz i tam wali tytułowego shota, którego należy już wziąć dosłownie, ponieważ strzela sobie w głowę. Bardzo zaskakujący koniec genialnego kawałka.

thoughts were running like ,i hate myself nowadays’
I’m really broke and my seed’s a thousand miles away
baby mama always gotta bring that same drama
yo bartender, bring me back a shot of straight vodka
that’s number ten but at this point does it matter?
I’m half a father, half a sucker, half a fucking rapper


The Roots – Right On feat. Joanna Newsom & STS

Kolejnym na liście jest numer pochodzący z chyba z najlepiej wyprodukowanego materiału 2010 roku. Ciężko powiedzieć, czy główną jego zaletą jest podkład muzyczny, który przecież jest bardzo dobrze wyważony. Inne elementy także brylują. Przede wszystkim przykuł moją uwagę świetnie wykonany refren przez wokalistkę, której ksywa znajduje się po tytule kawałka. Jest magiczny i jest dla mnie kwintesencją ,,Right On”. Jednakże na nie mniejszą pochwałę zasługują zwrotki Black Thought’a i STS’a. Niby nie traktują o niczym niesamowitym czy odkrywczym, ale bardzo się nimi jaram.

shit, i’m Black Thought who could be more prolific?
for this love I go above beyond the limit
I told ya’ll I’m above and beyond the gimmick
I get into your head and spread like a pandemic
I never put myself in a race I can’t finish
I’m well grounded, founded on the same premise
as any man with a hitlist, it’s about business


Richie Cunning – Last Stop

Wspominałem o tym tracku w podsumowaniu najlepszych 10 płyt ubiegłego roku. Cunning, który reprezentuje San Francisco, nagrał genialną płytę, a jej zwieńczeniem jest ,,Last Stop”, będący ostatnim, dwunastym numerem. O treści kawałka, która jest bardzo refleksyjna, też już wspominałem i dodam, że tak naprawdę im częściej go słucham, to dochodzę do wniosku, że jest ona coraz bardziej genialna. Sporo wersów pasuje do naszego codziennego życia, a niektóre można interpretować na kilka sposobów. Wszystko zależy od słuchacza. Jednak głównym motywem kawałka jest ukazania, że życia, niczym pociąg, ciągle zmierza do przodu i nie da się cofnąć czasu. Fantastyczne jest także brzmienie, a szczególnie trąbka, która mnie wręcz hipnotyzuje, jak się wsłucham. Takie teksty powinno się interpretować w szkołach!

take your seat and let your mind just unwind, son it ain’t that tough
the night train feels like the one place where your troubles can’t catch up
it’ll never criticize you, it’ll never ask you why
it’ll always come around to pick you up, when your live pass you by
gotta forget what you should’ve done, don’t sweat what you should’ve known
the night train don’t go backwards gotta keep keep pushing on
I don’t got a clue where I’am going, all I know is where I done gone
don’t remember when I’m getting off, barely remember when I jumped on
don’t give a damn where I’m going, but I’ll get there at all cots
in the meantime, I’ll ride this motherfucker till the wheels fall off


C-Murder – Tomorrow (feat. B-Streazy)


Drugi i ostatni kawałek będący gangsta rapem, który znalazł się na mojej liście. Jego autorem jest jeden z moich ulubionych graczy tworzących w tym nurcie. C-Murder, jak wiadomo, odsiaduje obecnie dożywocie, więc w jego głowie na pewno sporo się dzieje. Ma ochotę swoje myśli przelewać na papier i w taki właśnie sposób powstała kolejna płyta zza krat. Jej poziom nie jest zbyt zachwycający, ale znajdują się 2 nieprawdopodobnie uderzające nuty. Miałem dylemat, którą tu umieścić i ostatecznie ,,Tomorrow” wygrało pojedynek z ,,The Life Eye Lead”. Klimat kawałka jest poruszający, a Corry Miller wyznaje słuchaczom to, co siedzi mu w głowie, opowiada o swoim życiu. Dobijający jest refren wykonany przez B-Streazy. Świetnie ukazuje bezradność, która dla C-Murdera jest codziennością. Powalająca jest także ta łagodna gitara towarzysząca numerowi przez cały czas.


my pockets used to be fatter, but it’s whatever I’m on it
you think you’re holding me back, but you just making me hungry
yeah some niggas was phony, but I ain’t saying no names
and get em bastards some fame, that’s why they fucked in the game

I’m really wilding out without my nigga Mac around


Little Eskimo Jesus – The Wheelchair Song

W zasadzie miałem nie dawać z najlepszego mojego albumu zeszłego roku żadnego kawałka, aby niesamowicie trudno było mi cokolwiek wybrać, ponieważ każdy z numerów na ,,Never Trust The People” tworzy niezbędną część układanki, bez którego ona już nie jest taka sama. Jednak skoro to najlepsza płyta, trochę dziwnie by było nic z niej nie umieszczać. Wybrałem numer, którego bohaterem jest osoba na wózku inwalidzkim. Mamy tutaj szczery, głęboki, poruszający opis pierwszo narracyjny z perspektywy inwalidy. Okraszone jest to minimalistycznym bitem z pianinkiem, które wprowadza atmosferę smutku. Jednak najistotniejszym jest tekst, w którym nie brakuje wersów bijących po ryju, często będących ironiami. Dlatego też przytoczę kilka linijek osobno, a nie ciągu wersów.

if you want to go for a ride
I can show you a non handicapped person inside

differently able, not retarded

if you wanna kiss my ass, gotta stand me up to do it

you laugh cause i’m different, i laugh cause y’all the same

maybe I’m not even crippled, maybe I’m just lazy

my legs don’t work, my middle finger still does

if you can’t stand up, you gotta stand out

Mógłbym jeszcze więcej, ale na tym koniec, a numeru nie da rady umieścić i tak.

Atmosphere – The Major Leagues

Slug na mikrofonie, w głowie się nie mieści! Ehh. To nie to. Poniosło mnie. W każdym razie track Sluga i Anta zamyka mój ranking. Równie dobrze mogłoby tu się znaleźć kilka innych kawałków, ale ostatecznie wybrałem coś od Atmosphere. Numer to pouczająca historia, więc learn. Chodzi o to, że rymująca połówka ekipy opowiada o swoim znajomym z dzieciństwa, któremu wydawało się, że przez nielegalne interesy wbije się do tytułowych wyższych sfer. Zapomniał jednak, że to bardzo niebezpieczna droga i ostatecznie stał się jak Tony Montanta – uzależnił od narkotyków, co go zniszczyło. Wszystko to zaprawione jednym z najlepszych podkładów, jakie Ant wyprodukował w swoim życiu. Esencja mistrzostwa.


I was living at my dad’s crib, still a kid
when my best friends began to drift
so I guess I was a lame
cause I wasn’t with the game, motherfuck cocaine
yeah, I know you didn’t want to be broke
it’s a common excuse for those that sold dope

__________________________________

Tak więc dotarliśmy do końca tego tematu, jak i końca podsumowań 2010 roku w USA. Zastanawiam się, czy nie zrobić jeszcze notki o najlepszych bitach, które ujrzały światło dzienne w zeszłym roku. To się zobaczy, ale wątpię, abym się pokusił o takie coś. Teraz będę rozliczał polską scenę.

czwartek, 6 stycznia 2011

3 największe roczarowania 2010 roku

Każdy rok przynosi ze sobą dobre i słabe płyty. Teraz nadszedł czas, aby napisać o albumach, które, mówiąc łagodnie (chociaż eufemizmy są traktowane jako nieporozumienia, jak nawinął pewien genialny raper zza oceanu), nie zachwyciły mnie.

1)Kidz In The Hall – Land Of Make Believe
Autorzy tej płyty to zespół, który pochodzi z Chicago, w którego skład wchodzą Neledge i Double-O. Ten pierwszy jest raperem, natomiast drugi producentem, a więc Kidz In The Hall to ekipa stworzona na klasycznej zasadzie MC + producent. Coś jak Gangstarr. Pierwszy mój kontakt z muzyką chłopaków miał miejsce mniej więcej na wiosnę 2008 roku, kiedy to jeden ziomek podrzucił mi linka do kawałka ,,Wheelz Fall Off (06 Till)”. Był to cover pewnego numeru z wcześniejszych lat. I jak nie wiesz o co chodzi, to weź się, kurwa, dowiedz, cytując klasyka. Track mnie zachwycił, bo był po prostu świetny i postanowiłem ściągnąć jakiś album od Chicagowskiej ekipy. Oczywiście wybór padł na ,,School Was My Hustle”, gdzie znajdował się ,,Wheelz Fall Off „. Jarałem się materiałem niesamowicie plus pobrałem jeden mixtape, który także był niczego sobie. Potem jakoś w najbliższych miesiącach wyszła ich druga oficjalna płyta, której jednak nie sprawdziłem i wyleciało mi z głowy. Przenieśmy się teraz do początku roku 2010, kiedy miała miejsce premiera ,,Land Of Make Believe” – 3 oficjalny krążek. Aż strach pomyśleć, że Duck Down zdecydowało się wydać taki syf. Artyści udowodnili tym albumem, że doszczętna profanacja wcześniejszego muzycznego dorobku jest jak najbardziej możliwa. Ta płyta w niczym nie przypomina tego, z czego wcześniej byli znani Kidz In The Hall. ,,Land Of Make Believe” jest mega cukierkową, przesłodzoną, przesłitaśną pozycją. Dostałem zamiast nieskazitelnej dawki rapu najbardziej fatalne refreny, jakie w życiu słyszałem, beznadziejne, wręcz katastrofalne teksty i oczywiście jakąś pochodną autotune’a. Ja nie wiem. W roku 2009 tego czegoś użyli m.in. Grand Puba czy Guru i wyszło fatalnie, ale ich płyty ogólnie były mocne. W 2010 użyli tego Kidz In The Hall i także wyszło degradacyjnie, ale ich album też taki jest. Ogólnie pustostan. Pewnie mógłbym więcej negatywnych rzeczy o nim napisać, ale musiałbym go przesłuchać drugi raz w życiu, ale pewnie umarłbym, a ja chcę żyć, więc sobie odpuszczam.

2)Guilty Simpson – OJ Simpson
Z Chicago przenosimy się do Detroit, a więc nadal pozostajemy w obrębie zwanym Mid-Westem. Dość sporo napisałem odnośnie Kidz In The Hall, zobaczymy, ile uda mi się naskrobać o Guilty Simpsonie. Artysta debiutował w 2008 roku świetnym albumem ,,Ode To The Ghetto” w Stones Throw Records, a więc widać ewidentny kontrast pomiędzy tytułem krążka, a typem rapu, jaki płodzą raperzy zrzeszeni w tejże wytwórni. Podobnie jak w przypadku Kidz In The Hall, Simpsona polecił mi także jeden ziomek, ale inny, gdyż znam go tylko przez internet. Miało to miejsce również w 2008 roku. Co ja mogę powiedzieć o debiucie bohatera tej części notki? To że było mocny i na tyle interesujący, że postanowiłem śledzić karierę gracza z Detroit. Liczyłem, iż ,,OJ Simpson” będzie na jeszcze wyższym poziomie, bo miałem nadzieję, że raper się rozwinie pod kątem artystycznym. Drugi album w dyskografii artysty bez problemów można uznać za gangsta-rap, gdyż klimat tekstów oscyluje wokół ulicy. Warstwa liryczna jest co najmniej dobra, bo Guilty Simpson potrafi rzucić mocną linijką, a także na płycie są 2 nuty o zabarwieniu refleksyjnym. Umiejętności wokalne są także na przyzwoitym poziomie, a głos kapitalnie pasuje do przekazywanych treści. Brzmienie także prezentuje się ładnie, a wszystkie bity stworzył Madlib. Tak więc co jest nie tak z ,,OJ Simpson”? To, że ta produkcja zdecydowanie bardziej przypomina mixtape. Mixtape, który jest przejściem lub pomostem pomiędzy dwiema oficjalnymi płytami. Wszystko trwa niespełna godzinę, kawałków jest 25, a ponad połowa to skity. Naprawdę denerwuje to, że lekko ponad co drugim normalnym numerze trafia się skit. Zabieg zupełnie niepotrzebny, bo owe skity nic ze sobą nie wnoszą. Niestety wielką wadą jest także długość tracków. Zdecydowanie za krótka. Tak więc niestety, ale Guilty Simpson, mimo że ze strony czysto raperskiej zaprezentował się należycie, ląduje na miejscu numer 2 w rankingu rozczarowań.

3)Verbal Kent - Save Your Friends
No i ostatnie miejsce na podium zajmuje Verbal Kent. Wracamy tak więc do Chicago, które ten biały artysta reprezentuje. Poznałem go jakoś przypadkiem 4 lata temu i sprawdziłem debiutancką płytę ,,What Box”. Zrobiła na mnie potężne wrażenie, a co najbardziej rzuciło mi się w uszy to płynne flow oraz ciekawe, niebanalne teksty. Kent bez problemu wskoczył do czołówki moich ulubionych białych raperów. Wtedy sądziłem, że wydał tylko ,,What Box”, jednak byłem w błędzie, ale mniejsza o to. Okres wielkiej zajawki na rapera przyszedł w marcu 2010 roku, kiedy postanowiłem zapoznać się ze wszystkimi jego oficjalnymi wydawnictwami. Słuchałem, jarałem się, było w dechę jak Pei, kiedy natarł się oliwką na klipie. Ponadto, album, który artysta nagrał wraz z producentem o ksywie Kaz One, a więc ,,Brand New Rap” przedstawiłem szerzej na blogu. No i kilka dni później niespodziewanie okazało się, że Verbal Kent uderza z kolejnym krążkiem. Z uwagi, że zajawka na niego mi nie zeszła do końca, oczekiwałem kapitalnej płyty. Jak już wiadomo, tak się nie stało, dlatego o tym teraz piszę. Generalnie zaskoczyło mnie, że ,,Save Your Friends” nie zostało sklasyfikowane jako epka, bo trwa tylko 30 minut. Czym się rozczarowałem? Głównie dwoma rzeczami. Po pierwsze, liryka zawsze u tego artysty imponowała mi świeżością i błyskotliwością, a na najnowszym wydawnictwie trochę tego brakuje. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że raper nie zapodał kilka naprawdę solidnych wersów, ale ogólnie teksty nie miały w sobie należytej mocy. Kenta stać na coś więcej. Po drugie, co jest najważniejsze, dlaczego się zawiodłem, to brzmienie. Nie potrafię wynieść jakichkolwiek pozytywów z podkładów. Same negatywy, bo są dla mnie po prostu słabe. To dziwne, bo nigdy do bitów na poprzednich albumach Verbala nie miałem zastrzeżeń. Dodatkowo niesłuchalne bity przeszkadzają w delektowaniu się tekstami. Mając na uwadze powyższe, ,,Save Your Friends” zamyka listę.
_________________

Rok temu łatwiej było mi stworzyć ranking 3 największych rozczarowań. W tym było trudniej, gdyż brałem pod uwagę jeszcze 2 płyty. Były to ,,It Ain’t Illegal Yet” Del’a oraz ,,Fly Casualties” Esoterica. Szczególnie ta druga pozycja była bardzo bliska znalezienia się na liście, ale ostatecznie zdecydowałem się ją pominąć. Jak tak dłużej nad tym pomyślę, to mam wątpliwości, co do słuszności listy, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie, aby któraś z płyt, które się już na niej znalazły, miały ją opuścić na rzecz ostatniej solówki Esoterodaktyla. Mogłem umieścić też 4 pozycje, ale nie chcę łamać schematy i zostawiam tak jak jest. W następnym odcinku prawdopodobnie napiszę o 10 najlepszych kawałkach 2010 roku w USA.

PS: Przesłuchałem jedną z Twoich rekomendacji anonimowa koleżanko. Konkretnie ,Sorry I'm Late" i się zajarałem, bo to ogień! Dzięki.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

3 najlepsze epki 2010 roku

Ktoś mógłbym rzec, że to bezsensowne podsumowanie i powinienem umieścić je w poprzedniej notce. Może i racja zważywszy, że epek generalnie nie wychodzi zbyt wiele, a w poprzednim roku przesłuchałem 7, co jest relatywnie strasznie małą liczbą, aby robić zestawienie, bo prawie połowa z tego, co sprawdziłem znajdzie się na liście. Ja jednak chcę zrobić taką klasyfikację, bo ja tu rządzę.

1)Grieves – The Confessions Of Mr. ModestW podsumowaniu ostatnich 4 miesięcy zeszłego roku napisałem, że dzieło Sluga i Anta to zdecydowanie najlepsza epka 2010. Jednak zapomniałem o kimś takim jak Grieves, którego materiałem ostro jarałem się w marcu. Artysta to jeden z najciekawszych raperów nowego pokolenia. Jego muzyka jest pełna refleksji, niebanalnych przemyśleń na temat życia oraz smutku. Nie inaczej sprawa wygląda na ,,The Confessions Of Mr. Modest”. Warstwa liryczna jest tak samo fantastyczna jak brzmieniowa. Dominują spokojne, nadające się do medytacji, z sekwencjami klawiszowymi bity. Muzyka jest idealna do głębokich treści przekazywanych przez białego artystę. Podkreślę także jego aksamitnie czysty głos, który wprowadza nutkę niewinności do utworów. Dodatkowo Grieves czasami podśpiewuje i wychodzi mu to na moje uchu doskonale. Moim ulubionym kawałkiem z epki jest ,,Out Of My Mind”, różniący się tematycznie od pozostałych numerów, a w którym raper podśpiewuje przez cały czas. Ogólnie mówiąc ,,The Confessions Of Mr. Modest” to niemal doskonała pozycja.

2)Atmosphere - To All My Friends, Blood Makes the Blade Holy

Różnica między miejscem pierwszym, a drugim jest naprawdę niewielka, ale jest. Atmosphere to ekipa szanowana nie tylko w środowisku rapowym, ale także fani innych gatunków muzyki bardzo pochlebnie się o niej wypowiadają i oczywiście słuchają płyt. Slug i Ant to bardzo płodni artyści, gdyż wydali sporo płyt. Nie twierdzę w żadnym wypadku, że przekładają ilość nad jakość, bo to nieprawda. Jest wręcz odwrotnie, ponieważ każda rzecz wydana jako Atmosphere mnie czymś zaskakuje. Czym zaskoczyło mnie ostatnie dzieło chłopaków? Przede wszystkich niesamowicie zróżnicowaną warstwą liryczną, bo jest tutaj prawdziwy storytelling, fikcyjny storytelling, społeczno-polityczny kawałek, pozytywny track, nuta z zabawą słowem, no i to co cechuje Sluga – piosenka o dziewczynie. Produkcyjnie epka spisuje się bardzo dobrze, a Ant stworzył jeden z najlepszych bitów 2010 roku ,,The Major Leagues”. Sean Loves Ugly Girls ma jak zwykle dobry flow, ładnie przekazuje emocje i rapuje wyraźnie.

3)The Tones - Dreamwalk: The Free EP
Nie łatwo było mi zdecydować pomiędzy pierwszym i drugim miejscem, ale prawdziwe schody zaczęły się, jak przyszło zamknąć podium. Artystyczna jakość dwóch pozycji, które biły się o miejsce 3, jest wysoka, ale nie dawała im szans znalezienia się na pierwszym czy nawet drugim miejscu. Rywalem The Tones byli Sadistik & Kid Called Computer z ,,The Art Of Dying”. The Tones to duet, który nie jest znany, ale coś w tym jest, że najlepszy rap właśnie wychodzi od mało znanych artystów, co oczywiście nie znaczy, że to żelazna zasada, a jak coś jest znane to słabe. Chodzi mi jednak głównie o to, że muzyka wychodząca spod skrzydeł zespołów pokroju The Tones jest czysta i pozbawiona jakichkolwiek domieszek. Połowa duetu śpiewa, a druga połowa rapuje. Śpiew Suhn’a (taką ma ksywę) nie zrobił na mnie wrażenia i wypada niemrawo w porównaniu z Grievsem, ale nie irytuje. Bardzo jasnym punktem ,,Dreamwalk: The Free EP” dopracowana, przesycona jazzem warstwa muzyczna. Tematycznie, mimo że chłopaki reprezentują Bay Arena, ich rap nie ma nic wspólnego z ulicą.


No i dotarłem do końca listy. Następny temat to prawdopodobnie będą 3 największe rozczarowania 2010 roku. Stay Tuned jak People Under The Stairs.

sobota, 1 stycznia 2011

10 najlepszych płyt 2010 roku

Mamy 1 styczeń 2011 roku i niby powinienem zacząć notką o etykiecie ,,życie” i podsumować rok 2010, ale Pierdolę To jak Pono. Od razu zaczynam z rankingami płyt. No i tak jak było to równo 12 miesięcy temu, na pierwszy ogień idą produkcje zza oceanu, a konkretnie dziesiątka najlepszych. Rok temu łatwo było mi jedynie z pierwszą trójką z listy, natomiast teraz nie miałem większych problemów z stworzeniem ośmiu pozycji, natomiast kłopoty pojawiły się, co do dwóch płyt, które zamykają listę. Potrzebowałem trochę czasu, aby nad tym pomyśleć i podjąłem decyzję. Esejów pod każdym albumem na liście pisać nie mam zamiaru, bo stworzyłem głębsze opisy owych krążków już wcześniej – To Po Pierwsze jak ten kawałek Inteligentnego Jointa. No i nie chcę mi się tak naprawdę pisać dużo – to po drugie jak… tym razem zabrakło porównania.


1)Little Eskimo Jesus – Never Trust The People
To jest dla mnie samego spory szok. Wystarczy spojrzeć na samą nazwę (przypominam, że to jest zespół składający się z Matrr’a oraz Ira Lee) i można pomyśleć WTF?! Dobra, zostawmy nazwę w spokoju, bo to nie ona jest najważniejsza. Niemniej zupełnie nie spodziewałem się, że projekt tych dwóch artystów tak mi się spodoba. Co więcej, znajdzie się na pierwszym miejscu mojej listy, ale tak właśnie jest. Jest to niezwykle eksperymentalny i osobliwy materiał, który różni się w znaczącym stopniu od wszystkich albumów klasyfikowanych jako rap, jakich miałem okazję słuchać nie tylko rok temu, ale w życiu! Minimalistyczna, czerpiąca z elektroniki produkcja plus PRZYGNĘBIAJĄCA (musiałem użyć caps locka) liryka i flow… Właśnie! Nie można tutaj mówić o flow, gdyż Ira Lee nie rapuje, a po prostu recytuje. To może być głównym powodem, dla którego wiele osób skreśli tę płytę już na początku. W każdym razie ja się jarałem ,,Never Trust The People” jak nawiedzony i na pewno nie raz będę do niej wracał jako całości. Dla mnie to pozycja wybitna i zdecydowanie najlepsza w roku 2010.

2)Richie Cunning – Night TrainPrzebiegły Richie to biały artysta, który pochodzi z San Francisco i z taką parą wjechał na moje tory rapowe swoim Nocnym Pociągiem, że ląduje na miejscu Numer jak Raz dwa. Napisałem w kwietniu, że ten materiał jest najbardziej wszechstronnym tematycznie, jaki na razie wyszedł w 2010. Minęły kolejne miesiące, przesłuchałem kolejne płyty i chyba podtrzymuje to, co mówiłem w kwietniu. Praktycznie każdy kawałek jest o czymś innym i to mnie cieszy. Dodatkowo raper ma świetną technikę składania rymów. Zwrócę uwagę jeszcze na jedną rzecz, o której nie napisałem wcześniej. Istotnym i niezwykle ciekawym elementem obecnym na albumie jest pociąg i nazwa płyty nie jest dla picu. Same tytuły nut jak np. ,,Trainjumpin’” czy ,,The Station” nawiązują lub też zawierają słowo klucz i elementy z nim związane, a ponadto da się zauważyć jak Cunning świetnie i błyskotliwie wpisuje koncept pociągu w swoje teksty. Idealnym przykładem jest ,,Last Stop”, w którym pociąg występuje jako metafora życia. Na bank nie raz jeszcze będę słuchał ,,Night Train”, bo to czysta przyjemność.

3)Diabolic – Lair & A Thief
Powyższe dwie pozycje to były debiuty sceniczne wykonawców. Tak samo sytuacja wygląda z Diaboliciem. Tę produkcję polecił mi mój internetowy ziomek Makaveli i była to w stu procentach trafna rekomendacja, bo polecony Latynos zamyka podium. Wspomnę, że to był pierwszy album 2010 roku, któremu w recenzji od razu dałem notę 10/10. Tak, mniej dałem Richie Cunningowi, ale wraz z upływem czasu Diabolic przegrał minimalnie z raperem z San Francisco. Co jest tak niesamowitego w ,,Lair & A Thief”, że okupuje trzecią pozycję? Wszystko jest świetne, ale główną zaletą jest doskonała, bijąca po ryju, mocarna warstwa tekstowa. Jakby to był ranking na najlepszego panczlajnowca, Diabolic zmiótłby swoich konkurentów jak woźna zamiata korytarze w szkołach. Z tego miejsca pozdrawiam Ciotkę (w sensie królową woźnych) z gimnazjum! Wracając do płyty, to zawiera ona jeden z najlepszych (jak nie najlepszy) konceptowych kawałków z poprzedniego roku ,,12 Shots”. Miejsce na mojej liście 10 najlepszych tracków 2010 zapewnione. Natomiast Diabolica polecam wszystkim spragnionym dobrego rapu.

Zgodnie z tradycją zapoczątkowaną rok temu – pozycjom znajdującym się poza czołową trójką poświęcę przysłowiowych kilka słów.

4)C.O.S. – A Novel By Me
Nie wiem w zasadzie, co mógłbym jeszcze tutaj napisać, bo wspominałem o trzeciej solówce C.O.S’a już dwukrotnie na blogu. Jest to ponad godzinna, świetna porcja muzyki w charakterystycznym dla tego rapera stylu, która wykreowała jeden z zdecydowanie najlepszych jego numerów ,,Nightmare”. Artysta z Sacramento nie zawiódł mnie pod żadnym względem.

5)ShinSight Trio - Somewhere Beyond the Moon
No i pomyśleć, że początkowo dałem temu albumowi jedynie 8/10. Jednak po niedługim czasie zmieniłem na maksymalną notę i drugi krążek w dorobku trzyosobowej ekipy wylądował na piątym miejscu listy. Piękna, ciepła i przyjemna produkcja, o którą zadbali Shin Ski i DJ Ryow, połączona z konkretnymi tekstami Insight’a tworzą dzieło niemal idealne.

6)The Let Go – Morning ComesKolejna pozycja w mojej klasyfikacji pochodzi z Seattle. Oczekiwałem sporo od chłopaków, mając w pamięci znakomity debiut sprzed, jakby nie patrzeć już 3 lat. Dostałem rap na takim poziomie jak chciałem, a może nawet wyższym, bo zaryzykuje twierdzenie, że ,,Morning Comes” przewyższa artystycznie ,,Tomorrow Handless That”. Znakomite brzmienie, a Type i Kublakai wiedzą do czego służy mikrofon.

7)The Roots – How I Got Over
Korzenie to weterani w moim zestawieniu. Zadebiutowali w 1993 roku i zaskakują do dzisiaj, bo ich muzyka trzyma poziom. Nie przypuszczałem, że ostatnie dzieło zespołu z Filadelfii będzie tak świetne. Główną zasługą jest przede wszystkim warstwa muzyczna, gdyż ,,How I Got Over” to najlepiej wyprodukowana płyta roku 2010. Jednakże nie można zapominać o tekstach, bo Black Thought umie składać dobre rymy nie o dupie Maryny.

8)Jermiside & Danny Diggs – Middle ClassicPierwsze 3 pozycje w temacie to debiuty sceniczne. Tak samo jest w przypadku duetu z Atlanty, który polecił mi najlepszy raper z Krapkowic. Południe w moim ulubionym stylu, a więc do bólu szczery rap o życiu pozbawiony domieszek plus świeże, jazzowo/soulowe bity. ,,Middle Classic” przypomina mi takie genialne albumy jak ,,Below The Heavens” Blu & Exile’a czy ,,The Listening” Little Brother. Po prostu kwintesencja.

Tutaj zaczęły się schodzy. O ostatnie dwa miejsca biło się 5 produkcji, które musiałem przesłuchać ponownie pod rząd, aby wyłonić zwycięzców, co i tak przyszło z trudem.


9)Collective Efforts - Freezing World
Dirty South i Atlanta po raz drugi. Kiedy miałem pierwszy raz styczność z tym krążkiem, wywarł na mnie takie wrażenie, że sądziłem, iż może się okazać najlepszym w zeszłym roku. Stało się inaczej, ale miejsce w czołówce mu się należy. Potężna dawka truskulu z głębszymi tekstami i dopracowaną, świeżą, z reguły spokojną warstwą brzmieniową. Druga najlepsza płyta z dyskografii chłopaków. Do całości może niekoniecznie będę wracał, ale co najmniej do połowy numerów.

10)Black Sheep - From The Black Pool Of Genius
Na miejscu dziesiątym miejscu ląduje Dres. Kolejny album pod szyldem Black Sheep, kolejny bez Mista Lawnge. Zdecydowanie lepszy od poprzedniej płyty z 2006 roku. Jestem fanem Czarnej Owcy i dumnym posiadaczem wybitnego debiutu, dlatego spodziewałem się mocnego materiału i się nie zawiodłem. Klimat to główna zaleta krążka, gdyż przypomina mi lata 90te. Dresa zawsze ceniłem za umiejętności raperskie i świetnie usłyszeć go znowu na mikrofonie w formie.

No i tak właśnie dotarłem do końca. Powiem, że 3 pozycje, które przegrał rywalizacje o pierwszą dziesiątkę to płyty Braillego, Kno oraz ArtOfficial. Co prawda Little Brother też dałem bardzo wysoką notę, ale mimo wszystko w zestawieniu z pozostałymi albumami słychać różnicę, dlatego też w ogóle nie brałem jej pod uwagę do top 10. Niemniej jednak jest to ciekawa produkcja, a takowych w 2010 roku nie zabrakło. Ogólnie w poprzednim roku przesłuchałem łącznie 48 płyt (pomijam epki, bo o nich kiedy indziej napiszę), więc ilość sporą. Teraz wyliczę średnią ocenę wszystkich krążków, które sprawdziłem:

Średnia ocen: 7,25/10

Podałem z dokładnością do dwóch cyfr po przecinku, bo uważam, że w tym przypadku to jest istotne, gdyż ma pokazać głębszy wgląd w sytuację. Wynik na pewno daje powodu do zadowolenia, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, jaka okaże się płytą, którą ma się zamiar przesłuchać. Może być porażka, a równie dobrze perłą. Także należy zwrócić uwagę, że kilka krążków sprawdzałem konkretnie w ciemno, nie mając pojęcia wcześniej o istnieniu ich autorów. To jednak wyszło na dobre. Czy rok 2010 był lepszy od 2009? Ciężko mi to stwierdzić, gdyż w poprzednim przesłuchałem o wiele więcej albumów niż miało to miejsce 2 lata temu. Z drugiej strony 2009 przyniósł płytę, która dla mnie niszczy wszystko, co zostało wydane w 2010.. Powiem tak – rok 2009 był dobry, a rok 2010 także był dobry. Chyba nawet lepszy z kilku powodów, ale to nie jest temat porównawczy, więc mniejsza o to.

I to by było na tyle kapsztyle jak mówił DJ Buhh w ,,3 Korony”. Do napisania za rok (ile oczywiście ten blog będzie jeszcze istniał, a ja nie zostanę zabity przez [powiedziałbym Kalekie Oko jak rok temu, ale teraz to by nie pasowało do mojej sytuacji] kogoś tam).